Arkady Fiedler urodził się 28 listopada 1896 roku w Poznaniu. Znamy go głównie jako znakomitego prozaika, reportera i podróżnika, autora powieści „Dywizjon 303” o udziale polskich lotników w Bitwie o Anglię. Książka napisana została w 1940 roku, doczekała się pierwszego wydania w Wielkiej Brytanii w 1942 roku, a w podziemnej Polsce rok później. Powieść doczekała się licznych tłumaczeń m. in. na angielski, francuski i niemiecki, a w języku polskim została wydana aż 30 razy.

Sam autor tak ją scharakteryzował: „Spośród wszystkich moich książek „Dywizjon 303” jest chyba utworem pisanym najbardziej na gorąco, pod bezpośrednim wrażeniem rozgrywających się w 1940 roku wypadków. Pierwsze stronice powstawały już podczas ostatniej fazy owego osobliwego dramatu, nazywanego Bitwą o Anglię, a ostatnie kończyłem kilkanaście tygodni później, kiedy wciąż jeszcze, niby echo owej bitwy, warczały nocą nad Londynem motory Luftwaffe i padały bomby na miasto.”

Wojna zastała pisarza na Tahiti. Jako porucznik rezerwy, chciał jak najszybciej wrócić do Europy, by walczyć o wolność Polski. Dotarł do Francji a stamtąd został ewakuowany do Wielkiej Brytanii. Trafił do Obozu Wojsk Polskich nr 8 w Crawford w Szkocji, gdzie przydzielono go do 3. kompanii II batalionu. Był tak zafascynowany sukcesami polskich lotników, że postarał się o przepustkę i pojechał 5 września 1940 roku do Londynu. Sam Naczelny Wódz Władysław Sikorski, widząc jego entuzjazm, wydał mu rozkaz utrwalenia tych wyjątkowych chwil w formie książki i przydzielił mu urlop do 9 października.
Pisarz spędził te kilka tygodni w bazie dywizjonu 303 na podlondyńskim lotnisku w Northolt i tam na gorąco zbierał relacje z walk naszych myśliwców. Zetknął się z codziennym życiem naszych bohaterów, zawarł z nimi przyjaźń i cieszył się ich zaufaniem. Fiedler spędził dziesiątki godzin na słuchaniu opowieści lotników, obserwował ich codzienne wrażenia, podziwiał ich odwagę. Wykonał ponad 300 zdjęć. Najbliżej był z Witoldem Urbanowiczem.

Korzystał też ze słynnego dziennika Mirosława Fericia, który zapisywał chronologicznie wszystkie zdarzenia lotnicze. Polacy byli wtedy lotniczą elitą. Latali na samolotach Hurricane, które były bardzo nowoczesne i zwrotne. Mając rzetelne przeszkolenie z Dęblina umieli wykorzystać zalety tych samolotów i wykazać się nie tylko wielką odwagą, ale i skutecznością w walce. „Myśliwiec – na ziemi człowiek normalny jak każdy inny – w powietrzu staje się szaleńcem szybkości, człowiekiem-błyskawicą” – pisał Fiedler. Prasa brytyjska nie przestawała wychwalać naszych lotników. Dywizjon 303 miał najwięcej zestrzeleń ze wszystkich dywizjonów, jakie brały udział w Bitwie o Anglię. Uznany został za jedną z najlepszych i najskuteczniejszych jednostek myśliwskich w czasie II wojny światowej.

Poniżej przedstawiamy ostatni rozdział książki, podsumowujący niezwykłe sukcesy polskich lotników z Dywizjonu 303.
„ZACZYNAMY POZNAWAĆ POLAKÓW
Druga polowa września jasno wykazała, że dzień 15 tego miesiąca był dniem kulminacyjnym Bitwy o Brytanię i załamał decydująco rozpęd Luftwaffe. Po tym dniu nie mogła już okrzepnąć. Naloty jej straciły rozmach, zwiotczały, a gdy czasem jeszcze wybuchały z ostatnią, desperacką zapalczywością, alianckie lotnictwo łatwo topiło je w krwi i rozbijało w gruzy. Tak na przykład w dniu 27 września Brytyjczycy znowu zniszczyli 116 maszyn niemieckich, Dywizjon 303 — 15. Lecz były to ostatnie porywy.
Brytania ocalała, tylko wtajemniczeni wiedzieli, jak blisko była w owym miesiącu zupełnej klęski: przecież na lądzie nie miała wtedy żadnego prawie uzbrojenia.
Bitwę wygrali myśliwcy. Nie dopuścili nieprzyjacielskich hord do inwazji. W decydującym dniu, owym 15 września 1940, dwadzieścia jeden alianckich dywizjonów, czyli mniej więcej dwieście pięćdziesiąt myśliwców wzięło na siebie cały obuch hitlerowskiej furii i broniło całości frontu. Aż dziś jeszcze, po latach, samo wspomnienie dech zapiera i wydaje się to jakąś przerażającą lekkomyślnością dziejową, jakimś fantastycznym paradoksem.
Cienka była nić, która trzymała wtedy węzły Wielkiej Brytanii, lecz nie zerwała się. I co jeszcze ciekawsze, że nie zrywając się, wstrząsnęła sumieniem świata. Dopiero gdy tych niewielu spełniło nadludzkim niemal wyczynem swój obowiązek, przebudziła się reszta Imperium i zrozumiała istotę wojny; przebudziły się i Stany Zjednoczone. Wtenczas wąziuteńki był front broniony przez owych dwustu pięćdziesięciu, lecz jakże ważny, jak brzemienny w następstwa: utorował drogę dla właściwego frontu, stworzonego później przez cały świat. Frontu, idącego od Waszyngtonu poprzez Londyn do Moskwy, do Czungkingu. i dopiero uzbrojona sieć całego globu zdusić miała hydrę hitlerowską. Lecz wtedy, w sierpniu i we wrześniu 1940 roku takiej sieci jeszcze nie było. Była tylko cienka, samotna nić.
Było ich bardzo, bardzo niewielu, między nimi byli i Polacy. Wśród Polaków — Dywizjon 303. Wkład jego do Bitwy o Brytanię w jej najważniejszym okresie wrześniowym był wspaniały i zdumiewający: 303 zestrzelił trzykrotnie więcej przeciwników niż przeciętnie każdy z innych dywizjonów alianckich. A przy tym miał trzykrotnie mniej własnych strat w stosunku do strat innych dywizjonów.
W liczbach działalność wszystkich polskich myśliwców oraz RAF-u we wrześniu przedstawiała się następująco: Dywizjon 303 – 77 zestrzeleń przez Polaków, 17 przez Czecha Frantiszka, 14 przez trzech brytyjskich członków dywizjonu.
Razem we wrześniu 108 zestrzeleń, a w całej Bitwie 85 o Brytanię 1940 roku – 126. Dywizjon 302 – 15 zestrzeleń we wrześniu, a w całej Bitwie o Brytanię – 16. Inni polscy myśliwcy, rozproszeni po jednostkach brytyjskich 29 zestrzeleń we wrześniu, a w całej Bitwie o Brytanię – 77. Razem Polacy we wrześniu 1940 r.: 121 zestrzeleń; reszta Królewskich Sił Lotniczych RAF miała 846, co stanowi stosunek zestrzeleń polskich do innych jak 1 do 7. Wypada nadmienić, że poza tym artyleria przeciwlotnicza strąciła 131 maszyn we wrześniu.
Jeszcze korzystniejszy dla Polaków stosunek wykazuje zestawienie zwycięstw w owym decydującym dniu 15 września, kiedy to powyższe dwa dywizjony, tj. 303 (15 zestrzeleń) i 302 (8 zestrzeleń) oraz inni Polacy w brytyjskich dywizjonach, miały razem 26 zestrzeleń polskich, podczas gdy reszta, tj. Brytyjczycy i inni alianci zestrzelili 153 przeciwników. Zatem co siódmy samolot niemiecki ginął owego rozstrzygającego dnia od polskich pocisków.
Nie dziw więc, że polscy myśliwcy byli na ustach wszystkich i w sercu każdego Brytyjczyka. Nie dziw, że do Dywizjonu 303 przyjeżdżał generał Sikorski, by ich dekorować; że przybywał również król brytyjski, by uściskać im dłonie i dziękować. Brytyjskie pióra, co uczciwsze, oddawały im wtedy, w jesieni 1940 roku, cześć w publicystyce i pisały entuzjastycznie, jak na przykład George Saunders, słynny autor popularnego dziełka pt. „The Battle of Britain”: „…Znakomici między nimi (myśliwcami) są Polacy. Ich męstwo jest ogromne; ich sprawność graniczy z wyczynem nadludzkim. Polacy oddali wielkie usługi. Wciąż je oddają i oddawać będą, dopóki zwycięstwo, tryumfalne i zupełne, nie opromieni ich skrzydeł. Zaczynamy poznawać Polaków.”
Więc ostatecznie jacy byli ci sławni myśliwcy z Dywizjonu 303? Czy jacyś nadludzie? Jakaś elita, wyszukana na pokaz, dla pięknego symbolu? Jakieś cudowne dzieci, jacyś wybrańcy losu? Otóż właśnie że nie! Byli to zwykli, zdrowi, prości chłopcy. Mieli ten sam temperament i te same zmysły, ten sam uśmiech i te same troski co większość innych Polaków; byli kubek w kubek podobni do tysięcy mieszkańców znad Wisły, Warty i Bugu, nie różnili się od tamtych niczym, ani cnotą szczególną, ani przywarami. Tylko gruntownie nauczyli się swego fachu w polskiej szkole i teraz sumiennie spełniali swój obowiązek i to było ich tajemnicą.
Że sprawność i rezultaty Dywizjonu 303 w roku 1940 nie były niczym wyjątkowym i osobliwym, świadczyły podobnie doskonałe wyniki innych polskich myśliwców walczących w zespołach brytyjskich, jak również świadczyła o tym działalność bratniego Dywizjonu 302. 86 Myśliwcy z „302” zdobyli nawet pewnego dnia rekord, bo stacjonując z dala od terenów walki jednak potrafili zestrzelić 16 nieprzyjacielskich maszyn. A gdy, jak w dniu 15 września, dopuszczono ich raz uczciwie do wroga, zmietli w jednym dniu nie mniej niż osiemnaście samolotów.
Dzieje polskich lotników w Brytanii nie były pozbawione szokujących nieporozumień, polegających na tym, że obce narody, nawet najuczciwsze, snuły o Polakach dziwnie mylne pojęcia, często wręcz fantastyczne.
W lecie 1940 roku decydujące koła brytyjskiego myślistwa w poczuciu ogromnej odpowiedzialności, jaka wtedy na nich ciążyła, miały wątpliwości co do użycia polskich myśliwców w walkach w Anglii, przypuszczając, że Polacy, po dwóch poniesionych klęskach, w Polsce i we Francji, stanowili materiał ludzki zdemoralizowany i niezdolny do walki na tak ważnym odcinku. Gdy Polaków mimo to dopuszczono, okazało się już w pierwszych tygodniach, jak mylna była ta ujemna ocena.
Później sądzono, że polscy myśliwcy odnosili tak wielkie sukcesy, bo to szaleńcy i ryzykanci, nie szanujący swego życia. Nieporozumienie: Polaków ginęło stosunkowo znacznie mniej niż Brytyjczyków.
„Polacy to tylko dobrzy myśliwcy, bo taki jest ich niepowściągliwy temperament!” Nieprawda: liczne polskie załogi bombowe odznaczały się pracą wyjątkowo precyzyjną i dzielnie sekundowały swym brytyjskim kolegom.
„Polacy to naród wyłącznie lądowy!” Nieprawda: wypadało spojrzeć na ducha ożywiającego nasze „Orły”, „Błyskawice” i „Kromanie”; wypadało wniknąć w silny, jędrny rozpęd, jakiego nabierała polska marynarka handlowa. Dość przytaczań!
Gdyby kiedyś polskich lotników zapytano, ile Wielka Brytania była im winna za ich wkład w tej wojnie i jak miała za to zapłacić — pytanie, choć brutalne, lecz bardzo ludzkie — lotnicy szeroko otworzyliby oczy i może żachnęliby się dotknięci: spełniali swą oczywistą powinność jako lojalni sojusznicy przeciw wspólnemu wrogowi i zapłaty od Brytanii nie chcieli.
Lecz potem, po zastanowieniu się, jednak zażądaliby czegoś. Mianowicie zażądaliby, ażeby Brytyjczycy i inni lepiej poznali Polaków. By poznali ich uczciwie, serdecznie, dokładnie, bez uprzedzeń; by poznali takich, jakimi Polacy rzeczywiście byli, a nie takich, jak ich często malowano, zniekształconych, nieprawdziwych.
Wtedy na pewno Brytyjczycy odkryliby, że naród, żyjący dokoła Wisły i Warty jest akurat taki sam jak wszystkie inne zdrowe i cywilizowane narody, ani nie gorszy, ani nie lepszy. Ze przeciętny Polak to właśnie taka dusza jak przeciętny Mr. Brown w Londynie, Mr. Bruce w Edynburgu czy Mr. Taylor w Chicago. Że tak samo jak oni wierzy w istnienie wielkich moralnych wartości ludzkich i nie będzie umiał łamać swego słowa ani płodzić Quislingów.
Tego zażądaliby polscy lotnicy w zapłacie: uczciwego i rozumnego spojrzenia na Polaków.”

Opacowała: Maria Byczynski
Źrodło: ostatni rozdział powieści Arkadego Fiedlera „Dywizjon 303” udostępniony za zgodą Radosława Fiedlera.
Zdjęcia: Wikipedia Common, British Poles