Antoni Chrościelewski – bohater spod Monte Cassino, ukończył 96 lat

6 września, 2020

W tym roku mija 76. rocznica Bitwy o Monte Cassino, wzgórza, które podczas drugiej wojny światowej, kilkakrotnie próbowały zdobyć wojska alianckie, niestety, bezskutecznie. Ostatecznie udało się to polskim żołnierzom z 2 Korpusu Polskiego dowodzonego przez gen. Władysława Andersa. Uczestnikiem tych walk, które odbyły się pomiędzy 11 a 18 maja 1944 roku, był m.in. Antoni Chrościelewski, wielki patriota i działacz społeczny, doskonale znany w środowisku polonijnym. Dzięki jego wspomnieniom możemy dzisiaj poznać wiele szczegółów z tamtego okresu, ale także z początków formowania się 2 Korpusu Polskiego oraz jego pododdziałów, a zwłaszcza 3 Karpackiego Pułku Artylerii Przeciwlotniczej, w którym służył obecny komendant Okręgu 2. Stowarzyszenia Armii Polskiej w Ameryce.

„Czerwone maki na Monte Cassino
Zamiast rosy piły polską krew.
Po tych makach szedł żołnierz i ginął,
Lecz od śmierci silniejszy był gniew… „

Feliks Konarski

Gdy wybuchła druga wojna światowa, był nastolatkiem, który bardzo szybko musiał dojrzeć do podejmowania poważnych decyzji. Zmusiły go do tego tragiczne okoliczności, które powodowały, że rzucany był w różne zakątki świata, a każdy kolejny dzień był dla niego wielką niewiadomą. Ostatecznie przeszedł cały szlak szkoleniowy i bojowy 2 Korpusu Polskiego, włącznie z jedną z najważniejszych bitew drugiej wojny światowej – Bitwą o Monte Cassino.

TUŁACZE LOSY
W kwietniu 1940 roku piętnastoletni Antoni Chrościelewski został, wraz z matką, siostrą i młodszym bratem, wywieziony z rodzinnego Augustowa na Sybir, do północnego Kazachstanu, gdzie spędził dwa lata. Gdy dowiedział się, że gen. Władysław Anders formuje Polskie Siły Zbrojne w ZSRR, udał się na zgrupowanie w rosyjskim Tockoje.

Generał Anders (na pierwszym planie) podczas tworzenia polskiej armii w Rosji w 1941 roku / Foto: Archiwum A. Chrościelewskiego

„To wojsko polskie miało początkowo walczyć na wschodnim froncie wraz z żołnierzami sowieckimi, ale po naciskach gen. Andersa ostatecznie zostało ono przeznaczone na Środkowy Wschód celem obrony Iraku, Syrii i państw znajdujących się w ich sąsiedztwie, ponieważ Brytyjczycy potrzebowali pomocy, by walczyć z proniemieckimi Arabami. Dzięki temu Rosjanie wypuścili z łagrów 130 tys. osób, które przeszły do tworzącej się armii pod kontrolą brytyjską” – wyjaśnia Antoni Chrościelewski, dodając, że mimo iż nikt nie wiedział, co ich dalej czeka, to chętnie korzystali z takiej możliwości, ponieważ to była jedyna okazja, by „uciec z rosyjskiego piekła”.

Z miejsca, w którym przebywał, musiał przejść piechotą 200 kilometrów, by dotrzeć na najbliższą stację kolejową, skąd pociągiem bez biletu i jakichkolwiek dokumentów, wraz z kilkoma innymi osobami, dostał się do Tockoje w Rosji, miejsca, w którym tworzone było polskie wojsko.

„Dotarliśmy w końcu na miejsce i spędziliśmy kilka dni w obozie wojskowym, ale okazało się, że nie przyjęli mnie do armii, ponieważ – jak twierdzono – w tym czasie wojsko było już przenoszone w inne miejsce na południe Kazachstanu, gdzie było jego kolejne zgrupowanie”. Po kilku dniach musiał wracać z powrotem na miejsce, skąd przybył – do Sochorabowki w północnym Kazachstanie, miejscowości oddalonej od Tockoje o 3 tys. kilometrów, bo tam ciągle przebywała jego matka wraz z rodzeństwem. I znów 200 km musiał przejść piechotą, a była to sroga, grudniowa zima.

„W dodatku szło się pod wiatr, w 50-stopniowym mrozie, ale człowiek był młody i jakoś to wytrzymywał” – wspomina pan Antoni, który po pewnym czasie postanowił po raz drugi udać się na zgrupowanie polskiego wojska.

Antoni Chrościelewski podczas kampanii włoskiej w 1944 roku / Foto: Archiwum Antoniego Chrościelewskiego

PRZYSPOSOBIENIE WOJSKOWE
„Tym razem wybrałem się na południowy wschód i po trzech tygodniach udało mi się, znowu na gapę i bez dokumentów, dotrzeć do miejsca, gdzie formułowana była armia. Miałem wtedy 17,5 lat i tym razem przyjęli mnie bez żadnych problemów. Przeszliśmy szkolenie, dostaliśmy wyżywienie wojskowe, a po miesiącu otrzymaliśmy angielskie umundurowanie. To była twarda wojskowa szkoła, musztra w polowych warunkach, błocie i wodzie, a po niej czyszczenie odzieży, by dobrze wyglądać. Wiele osób tego nie wytrzymało i zmarło, ponieważ byli schorowani i wycieńczeni samą podróżą, a nie było czasu na regenerację” – wyjaśnia Chrościelewski. Pod koniec kwietnia 1942 r. nowopowstałe wojsko zostało przerzucone do Persji (obecny Iran). Pociągami zostali przetransportowani do portu w Krasnowodsku, a później statkami z cysternami przez Morze Kaspijskie do Persji.

„W Krasnowodsku dali nam do jedzenia słone śledzie z beczki i czarne suchary, i nikt nie pomyślał o wodzie. W takim stanie wypłynęliśmy na morze, gdzie zastała nas potężna burza. Wiele osób utopiło się, bo zostali strąceni przez fale do wody. Płynęliśmy trzy dni, w końcu statek się zepsuł, a my zostaliśmy bez jedzenia i kropli pitnej wody. Na szczęście później dopłynął do nas nowy statek i zabrał wszystkich na swój pokład, dzięki czemu w końcu dopłynęliśmy do Pahlavi w Persji” – opowiada mój rozmówca. Tam Anglicy przygotowali dla żołnierzy obóz na plaży, wyposażyli ich w nową, świeżą i czystą odzież oraz umundurowanie, a także odpowiednio ich dożywili.

„Niestety, tam również zmarło wiele osób, niektórzy ludzie przez nadmiar jedzenia, ponieważ – jak się okazało – ich organizmy nie były przyzwyczajone do trawienia tak dużej ilości pokarmu, inni ze względu na wysoką temperaturę, ponieważ nasze ciała przyzwyczaiły się do dużych mrozów” – wyjaśnia pan Antoni.

Po pewnym czasie z Pahlavi w Persji żołnierze zostali przewiezieni ciężarówkami do Iraku, do miejscowości Habbaniya, leżącej na zachód od Bagdadu. „Tam na pustyni Anglicy zrobili sztuczne jezioro, a nad nim obozowisko dla nas. Spędziliśmy tam dwa miesiące, regenerując się oraz ćwicząc i przygotowując do walki. Później przewieziono nas ciężarówkami poprzez Irak i Jordanię do Palestyny, gdzie niedaleko Morza Śródziemnego została sformułowana 3 Dywizja Strzelców Karpackich. Nasz oddział połączono wtedy z Samodzielną Brygadą Strzelców Karpackich, która walczyła już wcześniej na froncie pod Tobrukiem. Później przeszliśmy bardzo intensywne ćwiczenia, uzbrojono nas i pod koniec 1942 roku przerzucono nas – Pułk Artylerii Przeciwlotniczej, w którym się znalazłem – nad Kanał Sueski. Tam stoczyliśmy walkę z Niemcami, którzy stacjonowali w okolicy Aleksandrii i robili naloty nad Kanał Sueski. Zagrożenie to zażegnaliśmy, pokonaliśmy Niemców, po czym nasz oddział przerzucono z powrotem do Palestyny” – wspomina Chrościelewski.

Później 3 Dywizja Strzelców Karpackich została przetransportowana do Egiptu, a następnie do Włoch. Żołnierze jednak nie wiedzieli, gdzie tym razem się znajdą, bowiem cała operacja zmiany lokalizacji trzymana była w ścisłej tajemnicy. Jednak tuż przez tym wyjazdem miał miejsce znaczący fakt. „W ostatnią noc przed naszym przemieszczeniem się z 3 Dywizji Strzelców Karpackich zdezerterowali prawie wszyscy Żydzi polskiego pochodzenia i przeszli, zabierając broń, do podziemnych oddziałów żydowskich w Palestynie. Przez to powstały bardzo duże luki w naszych oddziałach, a szczególnie w piechocie” – opowiada pan Antoni.

Do Włoch z Bliskiego Wschodu wojsko polskie zostało przetransportowane przez Morze Śródziemne, co związane było z kolejnymi problemami, ponieważ wiele osób przeszło wtedy chorobę morską. „Do Włoch dotarliśmy w połowie stycznia 1944 roku i znaleźliśmy się w miejscowości Taranto w okolicy Foggii. Po dwóch tygodniach obozowania nasze oddziały 2 Brygady 3 Dywizji Strzelców Karpackich zostały przerzucone na front we Włoszech, gdzie 1 lutego 1944 roku zajęliśmy już swoje stanowiska” – wyjaśnia pan Antoni.

Antoni Chrościelewski wraz z kolegami z 3. Karpackiego Pułku Artylerii Przeciwlotniczej oraz Renatą Bogdańską (w środku drugiego rzędu w jasnym płaszczu) – późniejszą żoną gen. Władysława Andersa / Foto: Archiwum Antoniego Chrościelewskiego

MONTE CASSINO
We Włoszech Niemcy ufortyfikowali tzw. Linię Gustawa, która rozciągała się na długości 130 kilometrów wzdłuż rzek: Garigliano, Rapido i Sangro. Kluczowymi pozycjami obronnymi wojsk niemieckich były wzgórza: Monte Cassino, Monte Cairo, San Angelo i Passo Corno. Niestety, długo żadne wojska nie mogły przełamać tej fortyfikacji i przy każdej próbie ponosiły klęskę oraz duże straty spowodowane przez Niemców.

„Dwie amerykańskie dywizje – 35 i 36, próbując przebić Linię Gustawa, całkowicie się wykrwawiły i zostały zdziesiątkowane przez Niemców. Nie udało się ich pokonać nawet Anglikom, którzy walczyli tam przez pięć miesięcy” – wspomina mój rozmówca. Niestety, bez przełamania tej linii, front nie mógł posunąć się dalej na północ Włoch. Dopiero w kwietniu 1944 roku pod Monte Cassino – wzgórze będące jednym z najważniejszych, niemieckich punktów obronnych – został przerzucony 2 Korpus Polski.

„Wiedzieliśmy co to oznacza, ale nie było wyboru – podkreśla pan Antoni. – To już było po konferencji w Jałcie i byliśmy przekonani, że będzie nam trudno wrócić do Polski. Wiedzieli to zwłaszcza ci, którzy wcześniej byli wywiezieni do Rosji. Zdawaliśmy sobie sprawę z powagi sytuacji i ważności zadania, jakie przed nami postawiono, dlatego też nikt z nas – mimo że wcześniej na Linii Gustawa zginęło około 50 tys. żołnierzy – nie pomyślał o tym, by zdezerterować w takiej chwili” – wspomina Antoni Chrościelewski. W związku z tym wojska 2 Korpusu Polskiego zostały przemieszczone z różnych rejonów, m.in. znad rzeki Sangro, gdzie brały udział w walkach, w okolice Monte Cassino.

Nasz oddział (3 Karpacki Pułk Artylerii Przeciwlotniczej) został tam przerzucony jakieś dwa tygodnie przed natarciem, piechota trochę wcześniej. Był to bardzo niebezpieczny rejon, ponieważ Niemcy mieli go pod pełną kontrolą i zasięgiem swojej broni. Wszystkie strategiczne punkty mieli opanowane” – opowiada mój rozmówca, dodając, że nikt nie znał daty planowanego natarcia na Niemców. Atak nastąpił z 11 na 12 maja 1944 roku o godz. 11 w nocy.

Niebo wtedy rozjaśniało, w jednym momencie wystrzeliło 3 tys. dział i w ten sposób rozpoczęła się walka. Taka kanonada artyleryjska trwała ze dwie, może nawet trzy godziny” – wspomina uczestnik bitwy o Monte Cassino. „Niemożliwością było atakowanie Niemców od czoła, dlatego nacieraliśmy wzgórzami od tyłu i z boków, ale oni byli tak uzbrojeni, że za pierwszym razem nie udało się ich pokonać i nie zdobyliśmy celu” – wyjaśnia Antoni Chrościelewski, dodając, że po tym niepowodzeniu wśród żołnierzy panowało niesamowite przygnębienie.

Przez następnych kilka dni wojsko polskie odpowiednio przygotowywało się do kolejnego ataku. Zrobiono także przesunięcia żołnierzy w oddziałach, tak, by wzmocnić piechotę potrzebną do natarcia.

„Po jednej trzeciej żołnierzy z sześciu mniej potrzebnych oddziałów, jak np. z artylerii przeciwlotniczej i artylerii przeciwpancernej, przeniesiono do piechoty. Polacy, mając doświadczenie z wcześniejszego ataku, użyli wtedy bardzo dużo miotaczy ognia, niszczących bunkry nieprzyjaciela. Niemcy, którzy byli już osłabieni pierwszym natarciem, nie wytrzymali tego ataku i zostali pokonani” – wspomina pan Antoni, dodając, że po polskiej stronie też były duże straty, „zginęło około 1000 żołnierzy, a najwięcej z piechoty”. W nocy z 17 na 18 maja 1944 roku Niemcy – ci co przeżyli – opuścili klasztor na Monte Cassino, a polscy żołnierze zatknęli na jego murach biało-czerwoną flagę.

„Wtedy zapanowała niesamowita euforia, która rozładowała wcześniejsze przygnębienie” – wyjaśnia mój rozmówca. Po udanym natarciu polskie wojsko zostało wycofane z linii frontowej, a Amerykanie, mając już wolną drogę, ruszyli na Rzym.

„Nas przeniesiono do miasteczka Campobasso na trzydniowy odpoczynek, a później nad Adriatyk, w okolice Pescary, by wspomóc w walce wojska brytyjskie” – wspomina Antoni Chrościelewski, dodając, że toczyli także walki o Loreto, chroniąc od kompletnego zniszczenia przez Niemców m.in. słynną bazylikę loretańską. Polacy wyzwalali także Ankonę, największe włoskie portowe miasto nad Adriatykiem. Później przyszedł czas na zdobycie kolejnego nadadriatyckiego miasta Rimini, gdzie napotkali na bardzo duży opór Niemców, a następnie Bolonii.

„Była już zima i wtedy trudno jest poruszać się zmechanizowanym wojskom, dlatego przeczekaliśmy do wiosny – oczywiście prowadząc takie podjazdowe walki – i w kwietniu 1945 roku przeprowadziliśmy ostatnie wielkie natarcie na Bolonię. Chwilę później, w maju, zakończyła się wojna” – podkreśla Antoni Chrościelewski.

Wojskowe prawo jazdy Antoniego Chrościelewskiego upoważniające go do prowadzenia pojazdów ciężarowych / Foto: Wojtek Maślanka, Nowy Dziennik

DEMOBILIZACJA I SPOKOJNE ŻYCIE
Po zakończeniu wojny żołnierze 3 Dywizji Strzelców Karpackich pozostali jeszcze przez jakiś czas na terenie Włoch i mieszkali w małych miasteczkach położonych nad Adriatykiem.

„Anglicy namawiali nas do powrotu do Polski, ale w 2 Korpusie byli przede wszystkim żołnierze, którzy przeszli rosyjskie łagry. A byli to ludzie w różnym wieku, od 17 do ponad 50 lat. Chętnych do powrotu do Polski pod panowaniem Rosji nie było” – wyjaśnia Antoni Chrościelewski. W 1946 roku żołnierze polscy wyjechali do Anglii, gdzie przygotowano dla nich tzw. obozy przysposobienia i rozmieszczenia.

„Mieliśmy tam możliwość mieszkania, dostawaliśmy niewielkie żołdy, by mieć za co przeżyć, ale także mogliśmy dokształcić się w różnych zawodach, a nawet dokończyć studia. Po dwóch latach w tym korpusie przystosowawczym nastąpiła demobilizacja i mogliśmy powrócić do życia cywilnego” – wspomina mój rozmówca, dodając, że miał w Londynie siostrę i szwagra, więc postanowił się u nich zatrzymać na chwilę.

„Dostałem później pracę w fabryce francuskiej firmy Renault. Trafiłem tam na bardzo dobrych współpracowników – Anglików, od których nie odczułem żadnej nieprzyjemności, jak moi koledzy pracujący w innych miejscach” – opowiada. Pan Antoni bardzo szybko zadomowił się w Anglii, ale w 1950 roku otrzymał wizę amerykańską, o którą wnioskował jeszcze podczas pobytu we Włoszech.

„Nie wyjechałem jednak do Stanów Zjednoczonych, pozostałem w Londynie. Jednak po jakimś czasie po raz drugi mi ją przyznano i uznałem, że skoro Amerykanie tak bardzo chcą mnie u siebie, to pojadę, tym bardziej, że brytyjska królowa płaciła za moją podróż – wspomina z uśmiechem. – Wyjeżdżając upewniłem się jeszcze, czy będę miał prawo powrotu do Anglii, gdyby mi się nie spodobało w Stanach” – zdradza Chrościelewski, dodając, że faktycznie przez pierwsze dwa lata nie za dobrze czuł się w Ameryce, ale jednak nie wrócił do Londynu. Uświadomił sobie szybko, że w Stanach Zjednoczonych może stworzyć swój własny świat, niezależny od otoczenia, i szybko ten plan zaczął realizować.

Legitymacje upoważniające do Antoniego Chrościelewskiego do noszenia odznaczeń zagranicznych / Foto: Wojtek Maślanka, Nowy Dziennik

„Pozostałem tutaj i wcale nie żałuję tej decyzji” – podkreśla uczestnik bitwy o Monte Cassino. W Nowym Jorku przez pierwszych 21 lat pracował w amerykańskiej firmie na Manhattanie, dzięki czemu poznał bardzo dobrze funkcjonowanie biznesu oraz wiele ważnych osób. „Później założyłem swoją firmę, zajmującą się urządzeniami regulującymi i kontrolującymi klimatyzatory w dużych budynkach na Manhattanie. Bardzo pomocne było w tym wykształcenie inżynieryjno-elektryczne zdobyte podczas pobytu w Anglii” – wyjaśnia Antoni Chrościelewski.

Dzięki temu miał on możliwość i czas, by zacząć działać społecznie, co mimo poważnego wieku – we wrześniu skończy 92 lata – robi do dnia dzisiejszego. Jest prezesem Polskiego Domu Narodowego „Warszaw” na Greenponcie od 1980 roku, a w jego radzie zasiada dziesięć lat dłużej. Warto podkreślić, że jest to funkcja pro bono, za którą nie pobiera żadnego wynagrodzenia.

„Obejmując tę funkcję miałem świadomość, że Polski Dom Narodowy jest na skraju bankructwa – był zadłużony na 50 tys. dolarów. Zresztą podobnie było z Domem Weterana na Manhattanie, który był już wystawiony na sprzedaż, kiedy tam przyszedłem i udało mi się go ocalić. Obecnie generuje on dosyć duży dochód, pozwalający nam nie tylko na działalność Stowarzyszenia Armii Polskiej w Ameryce, ale także na wspieranie innych organizacji i akcji” – mówi z dumą pan Antoni, który pełni także funkcję komendanta Okręgu 2. SWAP działającego w Nowym Jorku. Dzięki wsparciu tej organizacji został m.in. wybudowany pomnik „Patriota” postawiony w Stalowej Woli, wydano wiele książek i nakręcono kilka filmów.

ODWIEDZINY NA MONTE CASSINO
Antoni Chrościelewski po zakończeniu wojny odwiedził Monte Cassino kilka razy. Nie zawsze jednak on, jak i inni weterani, którzy walczyli o to wzgórze, byli tam dobrze przyjęci.

„Pierwszy raz byłem na Monte Cassino podczas uroczystości związanych z 40-leciem zdobycia klasztoru – wspomina pan Antoni. – Padał wtedy mocny deszcz, z Polski przyjechało około 5 tys. ludzi i mimo nie najlepszej pogody nikt się tym nie przejmował. Później byłem na 50-leciu zdobycia wzgórza. Ze Stanów Zjednoczonych przyjechała tam duża grupa, licząca 250 osób. Niestety, podczas uroczystości nie wpuszczono nas na cmentarz, ponieważ nie mieliśmy jakichś specjalnych przepustek. A poza tym wszystkie miejsca zajęte były przez delegację z Polski, w skład której wchodzili różni ludzie, w tym wielu komunistów. To było bardzo przykre” – wyznał Chrościelewski. Ostatni raz był na Monte Cassino w 2013 roku, kiedy to otwierano tam ośrodek informacyjny współfinansowany przez SWAP Okręg 2. z Nowego Jorku. Również w tym roku Antoni Chrościelewski wybiera się na uroczystości rocznicowe.

„Po ich zakończeniu, 18 maja, jesteśmy zaproszeni przez Giuseppe Goliniego Petrarcone, burmistrza miasta Cassino, do przejścia Szlakami Pól Bitewnych na Monte Cassino, które dzięki jego staraniom zostaną otwarte dla zwiedzających” – zdradza mój rozmówca, podkreślając na zakończenie naszej rozmowy, że jest dumny z tego, iż Bitwa o Monte Cassino stała się swego rodzaju legendą. „W Polsce obecnie często ludzie śpiewając ‚Czerwone maki na Monte Cassino’ wstają z krzeseł” – podkreślił uczestnik bitwy o to wzgórze.

ODZNACZENIA
Antoni Chrościelewski za swoją wojenną aktywność i udział w walkach, nie tylko tej pod Monte Cassino, otrzymał wiele orderów i wyróżnień, jednak – jak podkreślił – „największe znaczenie ma dla mnie Krzyż Monte Cassino”. Prócz tego posiada także m.in. trzy brytyjskie ordery za udział w wojnie, za udział w walkach na Środkowym Wschodzie oraz za udział w walkach we Włoszech. Z kolei spośród polskich odznaczeń otrzymał m.in. Krzyż Oficerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej, Krzyż Komandorski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej oraz Krzyż Czynu Bojowego Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.

Autor: Wojtek Maślanka

Zdjęcia: Prywatne archiwum Antoniego Chrościelewskiego, Wojtek Maślanka, Nowy Dziennik

Zdjęcie główne: Caroline Byczynski, wykonane 3 sierpnia 2014 roku na uroczystości odsłonięcia muralu ku czci Powstańców Warszawy na nowojorskim Greenpoint

Artykuł ukazał się na łamach Nowego Dziennika.

 

Kursy walut

PLN/GBP:
GBP/PLN:
GBP/EUR: