Historia 15-latki, która po Powstaniu trafiła do obozu jenieckiego dla kobiet w Oberlangen

Sierpień 8, 2019

Aleksandra Diermajer, rocznik 1929, na zdjęciu z czasów wojny wygląda bardziej na dziecko niż nastolatkę. Nie była najmłodszym żołnierzem Powstania Warszawskiego, za to na pewno jedną z najmłodszych kobiet jeńców wojennych. Opowiada o tamtych dniach Rafałowi Geremkowi.

Proszę spojrzeć na to zdjęcie, tak wyglądałam. Warkocz, dziecinna buzia. Dowódca w czasie powstania powiedział mi, że dzieci powinny siedzieć w domu. Ależ poczułam się dotknięta, uważałam się za żołnierza! Jestem warszawianką od czterech pokoleń, od 1943 roku byłam w podziemnym harcerstwie i co, miałabym w domu siedzieć, gdy Warszawa walczy? Razem ze starszą siostrą z utęsknieniem czekałyśmy na wybuch powstania. W kółko myślałyśmy i rozmawiałyśmy o walce. O zemście za te wszystkie upokorzenia. W 1943 roku Niemcy wyrzucili nas z mieszkania. Mnie, mamę i siostrę z naszego mieszkania przy ul. Wilanowskiej. Wprowadziło się tam niemieckie małżeństwo. Mojej przyjaciółce Ines brata rozstrzelano na Pawiaku, a jej ojciec szantażowany przez gestapo w ostatnich dniach lipca 1944 roku rzucił się z okna. Każdy miał swoje nieszczęścia, każdy miał swoją straszną historię.

Kiedy przyszło powstanie, matka nie próbowała mnie zatrzymać, choć nie była na to przygotowana. Myślała, że pójdzie tylko moja starsza siostra, Irena. Mama dała mi na drogę cztery białe kołnierzyki do przypinania i powiedziała: – Pamiętaj, żebyś każdego dnia dobrze wyglądała. Jak inni w wieku przedpoborowym dostałam przydział do Wojskowej Służby Społecznej Armii Krajowej, która powstała szóstego dnia powstania z rozkazu płk. Antoniego Chruściela „Montera”. Naszym zadaniem była pomoc ludności cywilnej: roznosiłyśmy ludziom siedzącym w piwnicach mleko, żywność, ubrania i prasę powstańczą. Chodziłyśmy głównie na bliską Wolę, gdzie w sierpniu nie było zaciętych walk.

Prawdziwa wojna

Służyłam w punkcie medycznym, gdzie nauczyłam się robić zastrzyki. Przez przypadek zrobiłam kiedyś zastrzyk zabitemu człowiekowi, za co sanitariuszka mocno mnie skarciła. Najgorsze było jednak przede mną. W pierwszych dniach września podczas odgruzowywania domu na ulicy Tamka ktoś podał mi zawiniątko. Cofnęłam się z przerażeniem, to było zmiażdżone niemowlę. Leżało na piersiach matki, gdy runął na nią gruz. Parę dni później dostałam zadanie: przejść wraz z materiałami opatrunkowymi pod barykadą na Nowym Świecie, między Foksal a Chmielną. Niemieccy snajperzy ostrzeliwali barykadę z góry z gmachu Banku Gospodarstwa Krajowego, musiałam się czołgać. Pełzłam więc przywarta do ziemi, brnęłam obok rozszarpanych ciał, rozwleczonych wnętrzności Niemców zabitych tu wcześniej. Czułam tak ogromne napięcie, że nic nie słyszałam. Jakbym utraciła słuch na ten czas, zanim nie dotarłam do celu. Od początku września trzymałam się z siostrą, która była sanitariuszką. I wspólnie podjęłyśmy decyzję, by pójść do niewoli razem z żołnierzami. Jako kobiety, prawie dzieci, mogłyśmy wyjść z cywilami, ale uważałyśmy, że to niehonorowe. Skoro żołnierz przegrał, musi iść do niewoli – mówiłyśmy. Poddałyśmy się wraz ze zgrupowaniem „Krybar”. Trafiłyśmy do obozu w Ożarowie pod Warszawą. Spaliłam kenkartę i twierdziłam, że mam 19 lat – w strachu, że 15-latki Niemcy mogliby nie uznać za żołnierza.

On nie widział nagiej kobiety

Początkowo trafiłyśmy do męskich obozów jenieckich. Pierwszym był Fallingbostel w Dolnej Saksonii. Tam odezwała się moja arytmia serca. Brakowało mi tchu, robiło się słabo, ktoś zaprowadził mnie do lekarza. To był Polak, jeniec jak inni. Rozebrałam się, a on popatrzył na mnie i mówi: „Od pięciu lat nie widziałem nagiej kobiety”. A ja, jak dzieciak, zamiast się odszczeknąć, wystraszyłam się. Chwyciłam ciuchy w garść i w nogi. W październiku 1944 roku przerzucono nas z Fallingbostel do położonego niedaleko obozu w Bergen-Belsen. Niektóre z kobiet spotkały tam swoich mężów, żołnierzy, którzy trafili do niewoli jeszcze w 1939 roku. Męskie i żeńskie baraki oddzielone były drutami kolczastymi, więc rozdzieleni małżonkowie rzucali sobie karteczki z przywiązanymi kamyczkami albo głośno krzyczeli do siebie. Pamiętam, jacy byli szczęśliwi mimo wszystko. W Bergen-Belsen jedna z naszych oficerek zaproponowała, żebym została ich ordynansem. Powiedziała, że to prawie pewne, że będą nas wywozić na roboty, a ja byłam chuda, lichej budowy ciała i mogłabym nie dać rady. Kobiety oficerowie miały zostać przewiezione do oflagu, a 10 z nich wedle konwencji genewskiej przysługiwał ordynans. Najpierw się ucieszyłam, ale potem zawahałam. Byłam harda, nie chciałam, żeby ktoś traktował mnie jak służącą. Pomyślałam, że odmówię, zaryzykuję. Może jednak wyślą mnie do stalagu, obozu jenieckiego dla zwykłych żołnierzy i podoficerów. Niemcy cały czas namawiali, byśmy dobrowolnie poszły na roboty. Kusili lepszym wyżywieniem, lepszymi warunkami życia. Odmawiałyśmy. Przecież jesteśmy żołnierzami, a ci – wedle konwencji genewskiej – nie mogą być zmuszani do niewolniczej pracy.

W listopadzie wywieźli nas pod przymusem do gospodarstwa w górach Harzu wraz z grupą 40 dziewcząt. Spędziłyśmy tam kilka tygodni, m.in. pakując fasolę do worków. Pewnego dnia w gospodarstwie pojawili się policjanci i próbowali nas zmusić do zdjęcia dystynkcji wojskowych z mundurów. Stałyśmy w dwuszeregu, żadna z dziewcząt nawet nie drgnęła. Wtedy oni zaczęli zdzierać nam opaski. Były przyszyte. Wyciągnęli scyzoryki i pruli. A my nic, stałyśmy w szyku. Były wśród nas kobiety oficerowie, które po niemiecku zaczęły głośno żądać przewiezienia nas do obozu jenieckiego. Niemcy nazywali nas buntowniczkami, 10 z nas trafiło na kilka tygodni do obozu koncentracyjnego. W końcu wysłali całą naszą czterdziestkę do obozu jenieckiego dla kobiet w Oberlangen.

Buty za tytoń

Przyjechałyśmy w wigilijny wieczór. Było ciemno, nie miałyśmy nic do jedzenia. Obóz robił  przygnębiające wrażnie. Stare, rozpadające się baraki, wokół torfowiska i mokradła. Każdego dnia czekało się na dwie kromki chleba, dwa deka margaryny i łyżeczkę cukru. W południe niepełna menażka zupy z brukwi: każda najpierw sprawdzała, czy trafił jej się ziemniak. Czekałyśmy na paczki z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Były w nich konserwy i tytoń, świetny towar. Wymieniałyśmy go na inne dobra z wachmanami, a czasem także z nałogowymi palaczkami z obozu. Za papierosy, które znajdowały się w paczce, kupiłam sobie nowe buty, bo stare z powstania się rozpadły. Jedzenie z paczek podgrzewałyśmy na minipiecykach zrobionych z puszek. Wycinało się w nich dziury, podkładało zwitki papieru, kawałki tektury, drzazgi, podpalało i gotowe. Dobierałyśmy się w takie dwu-, trzyosobowe grupy: jedna na przykład potrafiła handlować z Niemcami, druga gotowała, a trzecia załatwiała opał. Był niezbędny, bo baraki były prawie nieogrzewane, a mróz coraz większy. Wyłamywałyśmy deski z prycz: na początku pobytu prycza liczyła osiem desek, a na końcu trzy. Okradałyśmy niezamieszkane baraki – jedna z nas przemykała się w nocy i wyrywała deski. W zimie woda zamarzała w kranach. Bardziej zahartowane myły się śniegiem, inne w ogóle. Któraś wpadła na pomysł, żeby szyć rękawiczki z kawałków koca, którymi się przykrywałyśmy. Ale dla wielu dziewczyn był to moralny problem. Dyskutowałyśmy: czy wolno nam obcinać owe koce? Przecież jak do tego obozu przyjdą po nas mężczyźni, to koce mogą być za krótkie!

Wykłady w ciemnościach

Naszą komendantką była porucznik Maria Mileska „Jaga”, jedna z tych oficerek, które przeniknęły do obozu, ukrywając stopień oficerski przed Niemcami. Podziwiałam ją. Świetnie zbudowana, wyprostowana, jej buty lśniły nawet w obozie. Miała  instynkt wodzowski, coś takiego, że budziła respekt nawet wśród Niemców. Potrafiła nas bronić przed bzdurnymi zarządzeniami komendantury obozowej, takimi jak wyprowadzanie chorych na apel. Było wśród nas sporo dobrze wykształconych kobiet, z dyplomami wyższych uczelni. Kilka miało doktoraty. Wieczorami organizowały wykłady. Prelegentka siadała wysoko na trzeciej pryczy, by jej głos słyszany był w całym baraku. Słuchałyśmy w całkowitych ciemnościach. Pamiętam opowieści Heleny Zelwerowiczówny o teatrze i recytacje Zosi Książek, która w powstaniu straciła wzrok. Jednak po latach w pamięci zostały mi przede wszystkim żołnierskie piosenki „Bagnet na broń”, „Serce w plecaku”, i te, które układałyśmy same. Proszę posłuchać:

„Wkoło moczary, dzikie pustkowia

W sercu apatia, tęsknota wre

Że nam jest smutno

nikt się nie dowie,

Że serce płacze, że jest źle

Już idzie mięta, pijmy dziewczęta, utopmy troski w blaszanki dnie

Choćbyśmy chciały, nikt się nie dowie

Jak źle w stalagu VI C”.

Flaga z wsypy

W ostatnie dni przed wyzwoleniem Niemcy przestali nas karmić. To już nie była zła wola strażników, oddali nam nawet klucze do magazynów, żebyśmy same zobaczyły, że nic nie ma. Pozwalali chodzić do bauerów, u których mogłyśmy kupić kartofle w zamian za papierosy.  12 kwietnia około szóstej wieczorem usłyszałyśmy strzały i komendy, żeby chować się do baraków. W chwilę potem czołg staranował bramę i ostrzelał wieżę wartowniczą. W prześwicie między barakami zobaczyłam pierwszego żołnierza. Był w mundurze, w hełmie, biegł pochylony przez środek obozu. Całą grupą wyszłyśmy na zewnątrz, dyżurne zaczęły zagadywać po angielsku. Ale to byli Polacy. Patrol Dywizji Pancernej Maczka. Nad barakami chwilę później zawisła polska flaga uszyta z wsypy na kołdrę jeszcze na Wielkanoc. Na uroczystym apelu przeżyłam swoją chwilę dumy: stałam w pierwszym szeregu, bo miałam stosunkowo porządny mundur. Niedługo później „maczkowcy” urządzili nam małe sanatorium w innym obozie w nieodległej miejscowości Niederlangen. Tego było nam trzeba, bo byłyśmy wyczerpane, większość od wielu miesięcy nie miała miesiączki. Chciałyśmy szybko nabrać sił, bo myślałyśmy, że zbliża się kolejna wojna. Niektóre wracały do zdrowia bardzo szybko, bo pamiętam romanse z żołnierzami. Pary obściskiwały się w barakach, w krzakach, gdzie tylko się dało. Jeśli któraś nie wróciła na noc do obozu, komendantka wysyłała ją na kilka dni do aresztu.

Wielkim świętem w owym Niederlangen były odwiedziny generała Bora-Komorowskiego, wodza naczelnego powstania. Bór krzyknął podczas apelu: „Czołem, żołnierze!”, a my z radością odpowiedziałyśmy: „Czołem, panie generale!”. Nasz wódz wiedział, jak się do nas zwracać. Wcześniej przyjechał tu gen. Klemens Rudnicki, bohater spod Monte Cassino, i kiedy rzucił: „Czołem, ochotniczki!”, nikt mu nie odpowiedział.

Beczki śmiechu

Niedługo potem odnalazła mnie matka, którą wywieziono na roboty. Wszystkie trzy – ja, siostra i mama – zostałyśmy przyjęte do oddziału kobiecego Dywizji Pancernej Maczka. Wraz z nią wyjechałyśmy do Anglii i tam nas zdemobilizowano. Znalazłyśmy się w końcu w obozie przejściowym w Szkocji, w metalowych barakach zwanych od swojego kształtu beczkami śmiechu. Patrzyłyśmy na kolejne statki wiozące naszych do Polski i biłyśmy się z myślami. Wracać czy nie? Siostra postanowiła, że zostaje w Anglii, my z mamą zdecydowałyśmy się wracać.  Nigdy nie żałowałam powrotu do Polski. Wyszłam za mąż za powstańca, wychowaliśmy dwóch synów. Młodszy obronił pracę magisterską na Wydziale Historii Uniwersytetu Warszawskiego: „Życie codzienne warszawskiego konspiranta”. Trudno dzisiaj przekazać młodym prawdę o tamtym czasie. Najbardziej irytuje mnie pytanie o sens powstania. Przecież dziś, gdy wszyscy są przeczuleni na punkcie jakiegokolwiek ograniczenia wolności, tym bardziej powinni nas rozumieć.  Myśmy wolności nie mieli żadnej, zamiast niej odbieraliśmy codzienną lekcję upokorzenia. Dlatego chcieliśmy walczyć, być żołnierzami. Jeśli ktoś pyta o sens powstania, odpowiadam więc: byłam żołnierzem, a żołnierze wykonują rozkazy.

Rafał Geremek/NB

Rafał Geremek – dziennikarz, reżyser i publicysta. Jego dokumentalny film „Rzeź Woli” otrzymał nagrodę w kategorii „Najlepszy film telewizyjny” na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Historycznych w Rijece.

Najnowsze NAJNOWSZE


Kursy walut

PLN/GBP:
GBP/PLN:
GBP/EUR:

Kursy walut

PLN/GBP:
GBP/PLN:
GBP/EUR: