Lądowanie aliantów w Normandii i udział Polskich Sił Zbrojnych podczas D-Day

6 czerwca, 2024

O świcie 6 czerwca 1944 r. ponad 180 tysięcy żołnierzy amerykańskich, brytyjskich i kanadyjskich wylądowało na plażach francuskiej Normandii. Największy w historii świata desant wojskowy wspierali polscy lotnicy i marynarze. Operacja „Overlord” otwierała kolejny front aliancki, którego celem było zdławienie niemieckiej III Rzeszy. 

Działać z precyzją

Wstępne decyzje dotyczące ruchów wojsk alianckich w Europie zapadały rok wcześniej podczas spotkania prezydenta USA i premiera Wielkiej Brytanii w Casablance. Kilka miesięcy później na konferencji  teherańskiej, na którą przywódcy wolnego świata zaprosili przywódcę sowieckiej Rosji, upadła ostatecznie koncepcja frontu bałkańskiego. Próbował ją forsować Winston Churchill, ale przy zgodnym oporze Roosevelta i Stalina odstąpił od niej. Koncepcja ta zakładała przeciwniemiecki marsz wojsk sprzymierzonych od południa kontynentu i oznaczałaby wejście wojsk „wolnego świata” do Europy Środkowo-Wschodniej, w tym do Polski. Ale Stalin widział już tę część Europy w swojej powojennej strefie wpływów i skutecznie przekonał do tego i Roosevelta i Churchilla. Ku zgubie Polski i innych narodów zamieszkujących te ziemie. W przyjętej aktualnie koncepcji alianci zachodni mieli zaatakować wojska niemieckie od strony Francji i na froncie włoskim. Późną wiosną 1944 r. półwysep Apeniński został właściwie w znacznej części zdobyty przy ogromnym udziale 2 Korpusu Polskiego gen. Andersa otwierającego zwycięstwem pod Monte Cassino drogę na Rzym, dzięki czemu 4 czerwca 1944 r. stolicę Italii zajęli alianci, a sojusznik Hitlera – faszystowskie państwo Mussoliniego – wypadło z gry. Pozostawała Francja. 

Niemcy spodziewali się tu alianckiej ofensywy, tworząc Wał Atlantycki.  Ale alianci w grze wywiadowczej, która zawsze poprzedza takie akcje, starali się na różne sposoby wypuszczać przez blisko rok fałszywe informacje o froncie, który uderzy ze strony Skandynawii, czy Bałkanów. Hitler nie dał się zwieść. Ściągnął do Francji jednego ze swych najlepszych dowódców czyli wsławionego w afrykańskich walkach Erwina Rommla, zwanego „lisem pustyni”. Dla wywiadu niemieckiego pozostawało tylko zagadką, w którym dokładnie miejscu nastąpi uderzenie. I wtedy kontrwywiad aliancki zaliczył jedno ze swych największych osiągnięć. W ramach gigantycznej operacji dezinformacyjnej, której nadano kryptonim „Fortitude” (czyli „hart ducha”) skutecznie wywołali w Niemcach przeświadczenie, że główny desant nastąpi w okolicach plaż przy Calais, a wszelkie inne działania będą tylko preludium do właściwej inwazji na kontynent. 

Zmylić przeciwnika 

Równolegle ruszyły działania prowadzone przez siatkę wywiadowczą „Interalliee”, która miała pozyskać wszelkie informacje dotyczące miejsc nadchodzących walk w docelowym miesjcu desantu, czyli w okolicach Caen. Agenci wspólnie z członkami francuskiego ruchu oporu mierzyli nawet wielkość kamieni plażowych. Na pozór bezsensowne działania służyć miały temu, aby przy desancie gąsienice czołgów alianckich nie zostały zaklinowane. Działano z niepotykaną wręcz precyzją. W pracach wywiadowczych ogromną rolę wypełnił mjr Roman Czerniawski. Jego życiorys to gotowy scenariusz na film sensacyjno-szpiegowski. Przed wojną ukończył Szkołę Podchorążych Lotnictwa, a we wrześniu 1939 r. bronił polskiego nieba przed niemiecką agresją. Przebił się na zachód, gdzie jego talenty wykorzystał polski wywiad: po upadku Francji organizował polskie placówki wywiadowcze w zdobytym przez Niemców Paryżu. Przez półtora roku szło mu całkiem nieźle, ale siatka wywiadowcza w wyniku zdrady została zdekonspirowana. Aresztowany i poddany śledztwu zgodził się na współpracę z Abwehrą. Szczęśliwie udało mu się zbiec do Hiszpanii, a stamtąd do Londynu. Meldując się w sztabie Naczelnego Wodza, opowiedział swą historię. Dowództwo Polskich Sił Zbrojnych, po dokładnym sprawdzeniu jego wersji zdarzeń, postanowiło zaryzykować. Powrócił do okupowanej przez Niemców Francji jako pod wymownym pseudonimem „Brutus”. Stał się „podwójnym agentem”. Niemcy uważali go nadal za swój cenny „nabytek”, a on rozpowszechniał „pozyskane” informacje na temat alianckiej inwazji na kontynent. I w dużej mierze to on przekonał Niemców do wzmocnienia innego niż planowane miejsca desantu sił sprzymierzonych. Jego postać została właściwie zapomniana, mimo iż w powojennej historii emigracji niepodległościowej odegrał znaczącą rolę: w latach 1978 – 1985 był ministrem do spraw informacji rządu RP na uchodźstwie, wspomagając opozycję antykomunistyczną w PRL w czasie stanu wojennego. 

D-Day

Przed dowodzącym wojskami alianckimi gotowymi do inwazji we Francji, późniejszym prezydentem USA Dwightem Eisenhoverem stał najważniejszy problem – warunki pogodowe. Operacje alianckich samolotów dokonały swego – trwające wiele dni bombardowania niszczyły skutecznie infrastrukturę komunikacyjną łączącą pas niemieckich umocnień z zapleczem. 80 tysięcy ton bomb zniszczyło linie kolejowe i drogi. Ale dla kluczowego desantu potrzebna była sprzyjająca aura pogodowa. Zbyt wysoka lub niska woda, zbyt ciemna noc, wiatry i prądy morskie uniemożliwiały skuteczną operację, w której wziąć miało udział prawie 180 żołnierzy. Takiej liczby ludzi, biorących udział w jednym uderzeniu, ludzkość dotąd nie znała! Termin przekładany był kilkukrotnie. Aż wreszcie meteorolodzy amerykańscy stwierdzili, że noc z 5 na 6 czerwca 1944 r. będzie najbardziej optymalna. Najpierw ruszyły samoloty. Z 733 maszyn zrzucono ponad 20 tysięcy skoczków spadochronowych, którzy zabezpieczyli teren desantu morskiego. Równolegle ruszyło ponad siedem tysięcy statków wiozących żołnierzy, którzy wylądować mieli na plażach opisanych kryptonimami „Utah”, „Omaha”, „Juno”, „Gold” i „Sword”. Dobijających do brzegu żołnierzy witały niemieckie kule, mimo iż dzięki alianckiej grze pozoracyjnej główne siły hitlerowskie zgrupowane były o wiele kilometrów dalej – pod Calais. Na pięciokilometrowej plaży „Omaha” w ciągu kilku godzin zginęło prawie trzy tysiące żołnierzy, których bezlitośnie kładł ogień niemieckich karabinów maszynowych. Niemcy cały czas wierzyli, że to atak pozorowany, a główne natarcie przyjdzie od plaż Calais, gdzie postawili swe najcięższe dywizje. Z upływem czasu przekonali się, że przegrali to miejsce obrony. Zaczęli się wycofywać. W Berlinie Hitler wpadł we wściekłość. Los wojny zaczął się kształtować na nowo.

Niemałą zasługę w osłonie alianckiego desantu odegrali Polacy. Nie użyto na razie elitarnej i gotowej do działania 1 Polskiej Dywizji Pancernej, bo jak wspominał jej dowódca gen. Stanisław Maczek miała być użyta dopiero „w drugiej fazie inwazyjnej”. Tak się zresztą stało.  W sierpniu 1944 r. dywizja weszła do boju, przyczyniając się do wielkiego zwycięstwa pod Falais i pod Mont Ormell. Tymczasem działania alianckie wspierali polscy lotnicy i marynarze. Wsławieni już w bitwie o Anglię lotnicy z 131 i 133 Skrzydła Myśliwskiego siali spustoszenie wśród niemieckiej obrony przeciwlotnicznej, a polscy marynarze dopełniali dzieła. ORP –„Błyskawica”, ORP „Piorun” osłaniały flotę inwazyjną, a ORP „Krakowiak” i ORP „Ślązak” zapisywały kolejne rozdziały w księdze chwały polskiego oręża. Załoga ORP „Dragon” udaremniła kontratak elitarnej 21 Dywizji Pancernej. Niestety później 37 marynarzy zginęło „śmiercią marynarza”, gdy niemiecka żywa torpeda „neger” trafiła w komory amunicyjne polskiego statku. 

Okupiony wielkimi stratami szturm zakończył się zwycięstwem. Ruszył przeciwniemiecki front zachodni, który po roku skruszył III Rzeszę. I tylko w sercach polskich powtarzało się pytanie: czy da to wolność Rzeczypospolitej? 

 

Jan Kasprzyk

Autor jest historykiem, w latach 2016-2024 był Szefem Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Artykuł ukazał się w tygodniku Niedziela.

Zdjęcie: ORP „Dragon”

Socials:

Kursy walut

PLN/GBP:
GBP/PLN:
GBP/EUR: