Nasz wywiad z Władysławem Mleczko, żołnierzem gen. Andersa i właścicielem sieci sklepów spożywczych Mleczko

Władysław Mleczko to osoba powszechnie znana w Wielkiej Brytanii, głównie za sprawą sieci znakomicie funkcjonujących sklepów pełnych polskich smaków, za którymi tak tęsknimy na emigracji. Mało kto jednak wie, że Pan Władysław został w wieku 8 lat wywieziony wraz z całą rodziną na Syberię, a swoje życie i przyjazd na Wyspy zawdzięcza generałowi Władysławowi Andersowi.

Spotykamy się w jednym z najstarszych sklepów Mleczko, w londyńskiej dzielnicy Sheperd’s Bush. Na tyłach sklepu jest dom Pana Władysława, a w środku biuro, gdzie Pan Władysław opowiada mi o swoim życiu.

Pan Władysław dogląda swojego sklepu

Maria Byczyński: Pana życiorys jest nieprawdopodobny i może być inspiracją dla młodych ludzi przyjeżdżających do Wielkiej Brytanii. Chciałabym się cofnąć do pierwszych wspomnień i wydarzeń, które Pana ukształtowały. Czy mógłby Pan o nich opowiedzieć?

Władysław Mleczko: Mój ojciec służył u Marszałka Piłsudskiego jako ochotnik od 1907 aż do 1921 roku. Znaleźliśmy się po wygraniu wojny w 1918 na Wołyniu, ponieważ tysiąc osadników dostało bezpłatnie ziemię. A mój ojciec był jednym z nich.

Ojciec w Legionach Piłsudskiego

Było tam wiele tysięcy polskich żołnierzy, którzy dzierżawili lub wzięli posiadłość na spłaty. Pomimo braku stopnia oficerskiego, odwaga mojego ojca została doceniona poprzez umieszczenie go pomiędzy pułkownikami i generałami. Naszymi sąsiadami byli generał Linde oraz kapitan Śliwa.

Działka otrzymana od państwa polskiego

MB: Jako dziecko został Pan wywieziony na Syberię z dwoma braćmi i mamą. Ile miał Pan lat?

WM: Miałem wtedy 8 lat i 10 miesięcy. Rosjanie przyszli w 1940 roku 10 lutego o piątej rano do nas, do Beresteczka. Pięciu Rosjan znalazło się u nas w domu i kazali nam się szybko zbierać. Dali nam 15-20 minut, aby się spakować. Przyjechały dwie pary sań. 10 lutego było bardzo zimno. Zawieźli nas na stację, gdzie czekał na nas pociąg. Był to pociąg, którym przed wojną przewoził bydło i został przerobiony, aby pomieścić 32 osoby. Pomimo pieca, było strasznie zimno. Dotarliśmy po pięciu tygodniach.

Cała rodzina Mleczko. Pan Władysław na kolanach u mamy

MB: Jechaliście aż pięć tygodni? Gdzie dotarliście po tym czasie?

WM: Po pięciu tygodniach przyjechaliśmy do Kotłasu. Ponieważ wyjechaliśmy jako dzieci z mamą Rosjanie to nazwali “wolną zsyłką”, dlatego nie byliśmy w łagrach, a raczej w obozie. Zbudowane były tam baraki z drewna. Dostaliśmy jeden pokój. Ja i młodszy brat Stasiek poszliśmy do szkoły pomiędzy ruskimi chłopcami. Było tylko trzech polskich chłopców w klasie i ani słowa po polsku. Powiedzieli, aby się nie bać, bo zostaliśmy wyzwoleni przez Stalina. Musimy pracować i uczyć się dla Związku Radzieckiego. To było pranie mózgu. Byłem w tej szkole ze Stasiem przez półtora roku, a starszy Edek pracował w lesie. Mama dostała pracę w piekarni. Potem byliśmy w Krasnojarsku. W sumie spędziliśmy 18 miesięcy na Syberii. Starsi Rosjanie wspominający cara dużo nam pomogli. Tysiące Polaków umierało w łagrach jako jeńcy, a my na tej wolnej zsyłce nie mieliśmy rozkoszy, ale zawsze był chleb. 

Władysław Mleczko z mamą Katarzyną

MB: Jak udało się Panu wyjechać z Syberii?

WM: Milion osób dostało amnestię dzięki generałowi Sikorskiemu. My również. Generał Sikorski tworzył armię dla generała Andersa, która w jego zamyśle miała przejść z Rosji do Polski. Anders był wykształcony pod zaborem rosyjskim i wiedział, jaką przyszłość planuje Stalin. Poza plecami Sikorskiego zrobił umowę, że Anglicy przetransportują 140 tysięcy żołnierzy i młodych do Persji, przez Morze Kaspijskie.

MB: Wyjechaliście po uzyskaniu amnestii?

WM: Dzięki amnestii mogliśmy wyjechać do Andersa, który tworzył pierwsze wojska. Stalin bardzo polubił Andersa, który rozmawiał płynnie po rosyjsku. Stalin podobno obiecał Andersowi wyżywienie jego armii, ale oddał mu tylko połowę tego co obiecał. Reszta została użyta na wojnę z Niemcami. 

MB: Miał Pan wtedy prawie 11 lat. Czy w tym wieku można było dołączyć do wojska?

WM: Tak, od 10 roku można było dołączyć do junaków. Ja miałem już prawie 11, a Stasiu miał siedem, dlatego został. Niestety, umarł z wycieńczenia w szpitalu. Byłem żołnierzem u Andersa od 11 aż do 18 roku. 

MB: A co się stało z Pana starszym bratem?

WM: Edek poszedł pierwszy. Ja zaraz potem. Pojechaliśmy do Persji, do Pahlevi. Anglicy dali nam mundurki, nakarmili nas. Trafiłem do pułku generała Rudnickiego. Cały czas byłem szkolony. Były nas tysiące junaków. W między czasie trafiliśmy też do Afryki. W sumie byłem tam 5 lat, do 1948 roku!

Junacy w Egipcie

Nie widziałem wtedy mojej mamy przez 8 lat a moim ojcem faktycznie stał się Anders. Przyjeżdżał do nas i przemawiał. Był świetnym generałem i jest moim bohaterem. Do dzisiaj żyję jego rozkazami i je wykonuję. Był niesamowitym patriotą. W swoich przemowach przypominał, że jesteśmy Polakami z krwi i kości oraz że jesteśmy przyszłością Polski. Ci, co byli pod Monte Cassino, opowiadali mi, jak niewiarygodne były przemowy Andersa. Anders podobno powiedział wtedy, że będziemy walczyć z Niemcami, wybiła godzina odwetu za nasze matki i ojców. Żołnierze byli gotowi zrobić dla niego wszystko!

Władysław Mleczko (po prawej) z kolegą junakiem

MB: Potem wyemigrował Pan do Wielkiej Brytanii i zaczął pracować w kasynach?

WM: Tak, w 1948 roku przyjechaliśmy do Anglii. Moja mama też przyjechała, udało jej się wydostać ostatnim transportem z Syberii jak miała 37 lat, w ostatniej grupie kobiet. Do Polski nie mieliśmy powrotu. Tysiące Polaków znalazło więc swój drugi dom w Wielkiej Brytanii. Ożeniłem się z Angielką, urodziły się nam dzieci. Na początku pracowałem w kasynach. Najpierw jako krupier, potem inspektor. Od lat 60-tych hazard został oficjalnie zalegalizowany w Anglii. Tam poznałem Sergiusza Paplińskiego z Armii Krajowej, który niedawno zmarł. Był moim bliskim przyjacielem. Dopiero na emeryturze zająłem się sklepami.

Ślub, od lewej: brat Edward, matka Katarzyna Mleczko, Pan Młody, Panna Młoda – Gabriela, rodzice Caroline i Francis Smith

MB: W którym roku otworzył Pan pierwszy sklep?

WM: To było w 1996 roku. Nie miałem czym się zająć na emeryturze a miałem dużo energii i wtedy przyszedł mi do głowy ten pomysł. I tak się zaczęło!

MB: I odniósł Pan olbrzymi sukces, bo w tej chwili Mleczko to największa sieć polskich sklepów w Wielkiej Brytanii. A ile sklepów jest w tej chwili? 

WM: 14 w Wielkiej Brytanii, w tym 11 w Londynie. Teraz po Brexicie pogorszyła się nasza sytuacja. 

Delikatesy na Shepherd’s Bush

MB: Czy Pana rodzina przejęła business, wspiera Pana?

WM: Mam dwóch synów, którzy ze mną prowadzą sklepy. Aktualnie dużo pomagają. Jak Pani widzi, mam 91 lat i dalej prowadzę sklep, piekarnię, zatrudniam 16 piekarzy i 4 cukierników.

MB: Właśnie widzę, że jest pan pełen energii i zarządza całą siecią z pełnym zaangażowaniem. Nie myśli Pan o emeryturze?

WM: Nie… (śmiech). Mam nadzieję prowadzić to wszystko dalej przez następne 10-15 lat.

Władysław Mleczko prezentuje swoją autobiografię

MB: Proszę powiedzieć, ile ludzi dla Pana pracuje?

WM: Teraz wszystkich jest około 400. 

MB: Ile jest polskich produktów w Pana sklepach w porównaniu do brytyjskich produktów? Czy w większości są to polskie produkty, a tylko trochę macie angielskich?

WM: Wszystko jest polskie. Pieczywo sami pieczemy, wędliny, owoce i warzywa sprowadzamy z Polski. 

MB: Jak wygląda wasza klientela? 

WM: Przed Brexitem było to 60-70% Polaków, a teraz jest pół na pół. Anglicy ciągle kupują u nas.

MB: Dlaczego Anglicy lubią kupować w Pana sklepach? 

WM: To proste! Mamy najlepsze produkty, najlepszą piekarnię i niższe ceny niż w Anglii. Anglicy nazywają nas często Polish Waitrose. 

Największy londyński sklep na Shepherd’s Bush

MB: Możemy być tylko z Pana dumni! Co powiedziałby Pan na zakończenie młodym ludziom, którzy przyjeżdżają do Wielkiej Brytanii? Jakie słowa by Pan skierował do młodych emigrantów? 

WM: Ciężka praca i trening pomagają. Mój sukces zawdzięczam generałowi Andersowi, który mnie wytrenował i nauczył dyscypliny. Tym się do dzisiaj kieruję i to samo mógłbym polecić innym!

MB: Dziękujemy za wywiad i do zobaczenia… na zakupach!

WM: Do zobaczenia. Zapraszam do swoich sklepów czytelników British Poles, którzy tęsknią za polskim jedzeniem. Nie będą rozczarowani!

Wywiad przeprowadziła: Maria Byczynski

Zdjęcia: Britsih Poles