Walcząca Warszawa ‘44 i wsparcie brytyjskich lotników

Sierpień 1, 2019

1 sierpnia 1944 r. wybuchło powstanie warszawskie, które stanowi przykład bohaterskiej postawy
Polaków i zaciętych walk o wolność naszej Ojczyzny. Do dziś toczą się dywagacje, czy było ono
potrzebne czy niepotrzebne, zasadne czy bezmyślne, a może wręcz naiwne porywanie się z motyką
na słońce. Jedno jest pewne – tamto pokolenie nie mogło bezczynnie przyglądać się niszczeniu ich
umiłowanej Polski, dlatego nie nam jest ich potępiać za chęć działania.

Armia Krajowa planowała wyswobodzić Warszawę spod niemieckiej okupacji jeszcze przed
wkroczeniem radzieckiej Armii Czerwonej, stąd decyzja o wybuchu sierpniowego powstania.
Dowództwo AK liczyło na to, że w przypadku samodzielnego odbicia polskiej stolicy uda im się
wzmocnić pozycję rządu Rzeczpospolitej Polskiej na uchodźstwie oraz powstrzymać realizowany
przez Stalina proces wasalizacji i sowietyzacji Polski. Jednak po wybuchu powstania Armia Czerwona
wstrzymała ofensywę na kierunku warszawskim, a radziecki dyktator konsekwentnie odmawiał
udzielenia powstaniu konkretnej pomocy.

Podczas trwających 63 dni walk nasze straty wyniosły ok. 16 tys. zabitych i zaginionych, 20 tys.
rannych i 15 tys. wziętych do niewoli. Co więcej, w wyniku nalotów, ostrzału artyleryjskiego, ciężkich
warunków bytowych oraz masakr urządzanych przez oddziały niemieckie zginęło od 150 tys. do 200
tys. cywilnych mieszkańców stolicy. Na skutek walk powstańczych oraz systematycznego wyburzania
miasta przez Niemców uległa zniszczeniu większość zabudowy lewobrzeżnej Warszawy, w tym setki
bezcennych zabytków oraz obiektów o dużej wartości kulturalnej i duchowej.

Pomoc z zagranicy

Powstańcy liczyli na wsparcie ze strony aliantów, a rząd RP na uchodźstwie, z premierem
Stanisławem Mikołajczykiem na czele, pertraktował udzielenie pomocy walczącej Warszawie. Jednak
sytuację komplikował brak zgody Rosji. Stosunek Józefa Stalina do powstania warszawskiego wyraża
jego odpowiedź na prośby Mikołajczyka i Winstona Churchilla o wsparcie Warszawy: „Rząd sowiecki
oczywiście nie może sprzeciwić się zrzucaniu broni przez samoloty angielskie lub amerykańskie w
rejonie Warszawy, gdyż jest to sprawa amerykańska i brytyjska. Stanowczo jednak zastrzega się
przeciw temu, aby samoloty te po zrzuceniu broni na Warszawę lądowały na terytorium sowieckim,
ponieważ rząd sowiecki nie życzy sobie, aby – pośrednio lub bezpośrednio – wiązano go z awanturą w
Warszawie”.

Dopiero w drugim tygodniu września Stalin zmienił zdanie i zgodził się na lądowanie amerykańskich
oraz brytyjskich samolotów na obszarach zdobytych przez Armię Czerwoną. Podczas
dwumiesięcznego powstania alianckie samoloty startowały 280 razy ze zrzutami do Warszawy,
Puszczy Kampinoskiej i Lasu Kabackiego (170 razy z Brindisi we Włoszech oraz jednorazowo 110
maszyn z Wielkiej Brytanii). Zrzucono ponad 200 ton zaopatrzenia, z czego powstańcy odebrali
maksymalnie 90 ton. Misje ze zrzutami zaopatrzenia dla Warszawy okazały się jedną z
najtrudniejszych operacji w całej historii lotnictwa. Alianckie bazy lotnicze we włoskim Brindisi
dzieliło ok. 1,5 tys. kilometrów od polskiej stolicy, lot trwał średnio 14 godzin i odbywał się nocą,
często w ciężkich warunkach atmosferycznych. Dodatkowo na trasie operowały niemieckie nocne
myśliwce, a w rejonie Warszawy, Podkarpacia i węgierskiego Balatonu stacjonowały silne skupiska
niemieckiej artylerii przeciwlotniczej. Co więcej alianckie załogi musiały traktować lot nad ziemiami  opanowanymi przez Armię Czerwoną jak lot nad terytorium wroga, gdyż niejednokrotnie ich samoloty były ostrzeliwane przez radziecką artylerię przeciwlotniczą i nocne myśliwce.

To oni pomogli powstańcom.

Anglicy John Toft i James Leith, kapitan i tylny strzelec z załogi Handley Page Halifax, stanowili część
ekipy zaopatrującej polską Armię Krajową podczas powstania. Leith i Toft zostali poinformowani o
misji w Warszawie na początku sierpnia 1944 r. Podczas odprawy powiedziano lotnikom, że polskie
podziemie walczy z Niemcami i potrzebują wsparcia, dlatego drogą powietrzną mają zostać im
dostarczone pojemniki z zaopatrzeniem, przymocowane do spadochronów. Nie poinformowano ich
wówczas o zawartości tych pojemników, jednak mimo to wiedzieli, że ich podstawowym składnikiem
jest broń, amunicja i środki medyczne.
John Toft w wywiadzie z Nickiem Siekierskim wspominał, że widział Warszawę już z wysokości wielu mil, ponieważ do czasu
jego misji (połowa sierpnia 1944 r.) znaczna jej część była już pogrążona w ogniu. Wyznaczona strefa
zrzutu miała być oświetlona przez żołnierzy AK trzymających latarki, ale dym płonących budynków był
tak gęsty, że musieli polegać na intuicyjnym czasie dostawy. Jak dowiedzieli się później, żołnierze z
latarkami stanowili łatwy cel dla niemieckich snajperów. Kiedy jeden z nich upadł, ktoś inny szybko
podnosił latarkę i zajmował jego miejsce. Jak podkreśla Toft, ogień przeciwlotniczy był głośniejszy niż
cztery silniki Rolls Royce.

Perspektywa Leitha, jako strzelca ogonowego, była nieco inna. Nie widział on bowiem zbliżającego się
niebezpieczeństwa, za to w drodze powrotnej mógł obserwować, z czym przed chwilą musieli się
zmierzyć. Dlatego też nie był wówczas pewien, czy widziane płomienie wylotowe były skierowanymi
na nich bateriami przeciwlotniczymi, czy też znakiem ciężkich walk między Polakami i Niemcami. Co
prawda nie spotkali nocnych myśliwców w trakcie ich misji warszawskiej, za to mieli krótkie starcie z
Messerschmittem, który strzelił do nich podczas jednego z lotów. Po wojnie przyjaciel Leitha
sprawdził niemieckie dzienniki lotów z tamtej nocy i wysłał mu zdjęcie pilota, który próbował ich
wtedy zestrzelić.

Jak podkreślają lotnicy, ostatecznie dostarczanie pomocy walczącej Warszawie drogą powietrzną
stało się misją niemożliwą. W pierwszych tygodniach powstania zginęło kilkadziesiąt samolotów, co
skłoniło Royal Air Force do ograniczenia lotów do Polski. Dzikie walki na ulicach stolicy sprawiły, że
upuszczenie zapasów na dokładne współrzędne i dostarczenie ich w ten sposób w ręce Armii
Krajowej było onieśmielającym zadaniem. Pomimo ostatecznej porażki powstania, angielskie,
południowoafrykańskie i amerykańskie załogi latające swoimi Liberatorami i Halifaxami nad
Warszawą były ogromnymi symbolami nadziei dla oblężonych Polaków obserwujących ich z ziemi.
Toft i Leith byli niezmiernie dumni, że mieli okazję pomóc walczącym Polakom. Żałują, że nie mogli
zrobić nic więcej, ale to warunki wojny zadecydowały o dalszym losie Warszawy. Kiedy obydwaj
odwiedzili Warszawę w 2014 r., żeby uczestniczyć w obchodach rocznicy wybuchu powstania, byli
zdumieni tym, jak Miasto odrodziło się z popiołów.

Dzisiaj obchodzimy kolejną rocznicę wybuchu powstania warszawskiego. Z tej okazji warto pomyśleć
o wszystkich bohaterskich powstańcach oraz ich sprzymierzeńcach, którzy w ‘44 walczyli o
niepodległą Warszawę, za wolność moją i Waszą. Zatem – cześć Ich pamięci!

Autor: Magdalena Pachorek

Zdjęcia: Mikołaj Kaczmarek, British Poles

Najnowsze NAJNOWSZE


Kursy walut

PLN/GBP:
GBP/PLN:
GBP/EUR:

Kursy walut

PLN/GBP:
GBP/PLN:
GBP/EUR: