Łukasz Rzeczkowski postanowił porzucić karierę w lukratywnym sektorze finansowym, by podążać za wizją globalnej poprawy dostępu do specjalistycznej medycyny. W 2016 roku wraz z Dariuszem Jastrzębskim, Grzegorzem Jarząbkiem i Philippem Schucht’em założył innowacyjną platformę Trustedoctor, która zapewnia dostęp do setek czołowych ekspertów medycznych oferujących wirtualną opiekę zdrowotną dla pacjentów na całym świecie.
W grudniu 2020 roku Trustedoctor dokonał fuzji z globalna grupą Further, specjalistą w dziedzinie prywatnych transgranicznych rozwiązań ubezpieczeniowych, aby zaoferować innowacyjne międzynarodowe rozwiązanie w zakresie opieki zdrowotnej.
Podczas Kongresu Polskich Stowarzyszeń Studenckich, gdzie Łukasz Rzeczkowski występował w roli prelegenta, nasza redakcja odbyła z nim wywiad na temat jego firmy Trustedoctor.
BP: Słyszałam dzisiaj wiele interpretacji nazwy Trustedoctor. Jak wymawia się nazwę twojej firmy?
ŁR: Nazwaliśmy naszą firmę zaufany lekarz, czyli „trusted doctor”, ale nie podobały mi się dwie litery d w domenie. Stwierdziliśmy, że zostawimy Trustedoctor z jednym d, ale możesz to również zinterpretować jako Trust e-doctor, ponieważ jesteśmy w wirtualnej medycynie. Lubimy tę nazwę, bo to jest „you can trust the virtual doctor”, czyli trusted doctor oraz trust e-doctor. Połączyliśmy się niedawno z drugą firmą, która nazywa się Further i na naszej stronie znajdziesz teraz „We Go Further”. Obie nazwy mają swoje przesłanie.
BP: Opowiedz mi czym jest platforma Trustedoctor?
ŁR: Trustedoctor ma dwa piony. Z jednej strony, jest to platforma telemedyczna w której można odbyć wirtualną konsultację, drugą diagnozę i bezpiecznie przechowywać dane. Z drugiej strony, jest to przez nas zbudowany network czołowych lekarzy. Naszym celem było, żeby się dostać do najlepszych lekarzy na świecie, na początku szczególnie w onkologii. Chcieliśmy dać pacjentom możliwość porozmawiania z lekarzami na całym świecie. Natomiast dla lekarza jest to wirtualna klinika, gdzie występuje ustrukturyzowany sposób interakcji z globalnymi pacjentami oraz można załatwiać rzeczy wirtualnie i bezpiecznie. Dużo lekarzy używa nas jako kanał komunikacji który jest bezpieczny, ponieważ nie jest e-mailem i można szybko tworzyć dane. Poza platformą masową i networkiem lekarzy, możemy też wokół tego budować serwisy. Mamy lekarzy, których możemy angażować w różne projekty. Od kiedy połączyliśmy się z drugą spółką to staliśmy się digitalną infrastrukturą do ubezpieczeń na wypadek poważnych chorób, ale też źródłem międzynarodowych produktów i serwisów. Mamy również lekarzy w różnych krajach. Byliśmy od początku globalnie w sześciu krajach i teraz mamy lekarzy głównie w 12 krajach, np. Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Stany Zjednoczone, Szwajcaria i Hiszpania. Jesteśmy bardzo selektywni i skupiamy się na liderach w medycynie „key opinion leaders”. Nasza infrastruktura wygląda tak, że po jednej stronie jest wirtualna klinika dla lekarzy/szpitali, a po drugiej stronie jest pakiet produktów do ubezpieczeń.
BP: Jak zrodziła się idea założenia Trustedoctor?
ŁR: To była prawdziwa historia walki z nowotworem. W tej drodze, którą przebyliśmy zidentyfikowaliśmy pewne problemy które chcieliśmy rozwiązać. Przekonaliśmy do siebie na początku kilku sławnych, ciekawych lekarzy i oni czuli, że nasz pomysł ma sens. W 2016 roku zostaliśmy sfinansowani i potem po latach doszliśmy do właściwego modelu biznesowego. Ja poprzednio byłem w bankowości. Mieliśmy już zresztą wysublimowane kariery, więc to była bardzo ciekawa sytuacja, że rzuciliśmy swoje kariery. Dla mnie była to bardziej misja niż projekt finansowy. Czuliśmy, że to jest coś co chcemy zrobić, taka cegiełka dla ludzkości oraz że ten temat jest naprawdę niezweryfikowany. Teraz oczywiście podczas pandemii Covid19 jest takich rozwiązań coraz więcej. Wtedy na przykład wideo-konsultacje, w szczególności w onkologii, nie istniały. To był taki temat, który był trudny i my szybko ustaliliśmy, że chcemy zrobić coś trudniejszego, bo wiemy, że w długoterminowej prospektywnie przyniesiemy więcej wartości. Zrobienie czegoś prostego też jest fajne, ale może byłoby więcej konkurencji, tak jak w przypadku wirtualnych doraźnych lekarzy, np. Babylon Health w Wielkiej Brytanii. To jest zupełnie coś innego niż to co my chcemy osiągnąć. Dla nas najważniejsze w tym wszystkim jest to, żeby była misja i wartości. Misja jest taka, żeby dać dostęp ludziom do najlepszych lekarzy. Wizja jest taka, żeby to miało ręce i nogi. Do tego trzeba mieć dobrą monetyzację i dobry model biznesowy. To też teraz osiągnęliśmy. W medycynie płatnikiem jest korporacja, firma farmaceutyczna, firma ubezpieczeniowa albo rząd. Lekarze i pacjenci to nie są z reguły płatnicy więc tutaj też chodziło również o to, żeby utrzymać firmę. Fajnie jest, że mamy misję, ale musieliśmy sprawić, żeby to było skalowalne.
BP: Wspominając o początkach twojej firmy, jak udało wam się pozyskać fundusze na założenie i rozwój firmy?
ŁR: Nam się poszczęściło już na początku. Kulminacja nastąpiła na Harvardzie, gdzie Grzesiek robił kurs Executive MBA. Tam przedstawiliśmy nasz projekt i mieliśmy szczęście, że akurat kilka osób stwierdziło, że jest świetny. Jedna osoba stała się naszym founderem medycznym, a przez drugą osobę dostaliśmy fundusze. Mieliśmy szczęście, że od pierwszych dni uzyskaliśmy headstart. Później musieliśmy szukać dalej i byliśmy głównie finansowani przez business angels.
BP: Wspomniałeś wcześniej, że byłeś bankierem w Londynie. Co przekonało Cię, aby porzucić świat finansów w londyńskim City i współzałożyć własny startup telemedyczny?
ŁR: Muszę powiedzieć, że ja kochałem bankowość. Nie rzuciłem jej, bo mi się nie podobało. To, co robiłem, było bardzo ciekawe. Zajmowałem się handlowaniem obligacjami strukturyzowanego kredytu. Na rynkach kapitałowych praca jest bardzo ciekawa i są bardzo fajni ludzie. To, co się pojawiło z Trustedoctor, było kulminacją. Uznałem, że mogę zrobić coś więcej niż tylko pieniądze. Myślę, że dużo osób patrzy na te wszystkie sukcesy start-up’owe i myśli, że są to duże pieniądze i potencjał. Tak, jeżeli się uda. Jednakże, mnie przekonała ta misja. W finansach czułem, że nie mam głębszej misji poza samorozwojem. Trustedoctor wydawało się logicznym krokiem i poszedłem za tą pasją. Byliśmy w jeszcze młodym wieku i mogliśmy sobie na to pozwolić. Timing musi być dobry. To znaczy nigdy nie będzie super, ale musi być jakieś sprzężenie. Dla nas to wydawało się to bardzo logicznym timingiem, żeby coś zrobić. Jest w tym jednak dużo ryzyka, bo prawdopodobieństwo sukcesu jest bardzo małe.
BP: Właśnie wspomniałeś o ryzyku i przeczytałam, że jest Was trzech, ale żaden nie jest lekarzem i nie macie doświadczenia medycznego.
ŁR: Mamy trzech Polaków, ale czwarty założyciel jest lekarzem, profesorem neurochirurgii. Jednakże rzeczywiście nie mieliśmy ekspertyzy. My wyszliśmy z perspektywy pacjenta, więc dla nas było lepiej, że nie jesteśmy lekarzami. Ja się na przykład zajmuję networkiem medycznym w grupie. Jeżeli byłbym lekarzem to może musiałbym wchodzić w jakieś ryzy. Ponieważ nie jestem lekarzem, mogę wymagać i nie muszę trzymać się hierarchii. Wchodzę po prostu pomiędzy najlepszych lekarzy na świecie nie mając żadnego bagażu. Oni też szanują, że wychodzimy z bardzo konkretnych pobudek i to działa. My jesteśmy zawsze z perspektywy pacjenta. Natomiast, ten profesor neurochirurgii ze Szwajcarii, Philippe Schucht, daje nam wiarygodność medyczną.
BP: Czy personalnie było Ci trudno nawigować w świecie medycyny?
ŁR: Początkowo było trudno. Byłem wtedy już dosyć wysoko w bankowości, na szczeblu dyrektora. Jako firma Trustedoctor byliśmy nieznani, ale to było wyzwanie i po jakimś czasie nam się udało. Wymagało to dużo determinacji i walki, ale też naiwności, której potrzeba. Dużo racjonalnych osób mogłoby się poddać, kiedy skończyłyby się pieniądze i zaczęły się problemy. Można by było trochę zboczyć z drogi, a to jednak trzeba mieć dużą determinację, żeby być totalnie ślepo zapatrzonym w tę wizję, bo czasami okres rozwoju jest dłuższy niż się przewiduje. Nam trochę zajęło zanim coś z tego urosło więc nie było łatwo, ale z drugiej strony mieliśmy również dużo szczęścia. Mieliśmy różnych doradców medycznych i szybko zbudowaliśmy wokół siebie siatkę ludzi, którzy nas firmowali. To też było ciekawe, że Trustedoctor od początku stał się marką dla najlepszych lekarzy. Ja wiele razy miałem taką sytuację, że jak przychodziłem do jakiegoś super lekarza, to on chciał wiedzieć z kim współpracuję. Miałem 20 początkowych lekarzy i rzeczywiście to byli najlepsi eksperci.
BP: Opowiedz mi trochę o tej selekcji. W tym momencie macie wspaniałą grupę ekspertów. Jak ich wybieracie i jak docieracie do grupy lekarzy z którymi chcecie współpracować?
ŁR: Profilujemy lekarzy. Patrzymy na ich specjalizację, szpitale i dorobek akademicki, czyli mamy obiektywne czynniki które możemy analizować. To jest jedna z dróg, czyli algorytm, a druga to peer-review. Chcemy znać zdanie czołowych ludzi, więc powołujemy się na dużo rekomendacji w wyborze lekarzy. To nie jest nigdy exact science, bo trudno wyliczyć każdy obiektywnych i subiektywnych czynnik. Natomiast jest dużo czynników, które zbierają się w całości, np. czy to jest teaching hospital, czy to jest szpital, który ma badania kliniczne, czy ta osoba pisze dużo referatów, oraz czy jest uznawana w konferencjach onkologicznych. Później docieramy się poprzez różne kanały i oczywiście im więcej tych lekarzy zebraliśmy, tym łatwiej było dojść do następnych. W pewnym momencie zaczęliśmy działać więcej ze szpitalami co też nam dało dostęp do lekarzy.
BP: Czy uważasz, że twoje doświadczenie w bankowości i finansach przydaje się w twojej pracy na co dzień?
ŁR: Tak, oczywiście. Jak byłem w finansach miałem okazję budować różne teamy w firmie brokerskiej. Nie było nas dużo, ale chodziło o to, że budowaliśmy coś wspólnie. To już nie pierwszy raz, kiedy zmieniłem karierę. Na początku swej kariery był konsultantem. Teraz też zmieniłem profil, ale już zrobiłem to nie raz więc może ten następny raz nie był aż tak trudny. Bankowość naprawdę dała mi dużo pewności siebie i siły przebicia. Strona finansowa też była dla nas łatwiejsza, ponieważ mieliśmy więcej wiedzy w tym temacie. Oczywiście to był plus, a minus jest taki, że nie znaliśmy nikogo w medycynie i musieliśmy sobie wyrobić wiarygodność co zajęło trochę czasu.
BP: Zaczynaliście od współpracy z indywidualnymi lekarzami. Teraz liczba współpracujących z wami lekarzy rośnie, a platforma używana jest w coraz większej ilości krajów. Czy będą mogły platformy używać osoby indywidualne?
ŁR: Kanałem dystrybucji są polisy ubezpieczeniowe. My nie ogłaszamy lekarzy na stronie. Oni sami się zgłaszają, ale mogą używać naszej platformy jako infrastrukturę do wirtualnej kliniki. Może być tak że chcesz się dostać do jakiegoś dobrego lekarza powiedzmy w Londynie i on używa naszej platformy. Będziesz miała wideo-konsultację przez naszą platformę, ale nie znajdziesz tam szczegółów na ten temat na naszej stronie (np. listy lekarzy). To, że nie mamy bezpośrednio retailowej oferty to po prostu decyzja biznesowa, ale może się to zmieni w przyszłości. Wymagałoby to wprowadzenia zmian operacyjnych. Staramy się również pomagać ludziom. Współpracowaliśmy z charytatywnymi organizacjami już od samego początku.
BP: Jak pandemia Covid19 wpłynęła na rozwój sektora telemedycyny i zarazem twojej firmy?
ŁR: Telemedycyna już teraz stała się absolutną koniecznością i fundamentalną częścią ścieżki pacjenta. Telemedycyna jest częścią systemu, ale nie jest odpowiedzią na wszystko. Powinna być brana pod uwagę w konkretnych przypadkach w leczeniu. Czasami jest tak, że pierwsze spotkanie musi być fizyczne, bo trzeba przebadać pacjenta. Tego się nie przeskoczy, ale można z nim zrobić teleporadę przed taką konsultacją, żeby omówić co będzie trzeba przygotować. Telemedycyna sprawdza się również jako follow-up po konsultacji. Pacjenci nie muszą za każdym razem jechać do szpitala. Pandemia sprawiła, że musimy zoptymalizować lepiej czas lekarski. Jeżeli chodzi o nas, to dało nam to większą adopcję naszej platformy wśród lekarzy, nawet w przypadku tych bardziej nieprzekonanych. My oczywiście jesteśmy na tym drugim końcu spektrum, czyli nasze konsultacje są bardzo specjalistyczne. One może nie są w tak wielkich ilościach jak sektor miliona konsultacji z lekarzem rodzinnym. Jesteśmy bardziej niszowi, ale to też daje nam przewagę. Byliśmy już na rynku wiele lat i mamy track record i uznanie wśród lekarzy. Telemedycyna na pewno zostanie i będzie się pogłębiać. Chcę jeszcze powiedzieć, że telemedycyna będzie bardzo wyspecjalizowana oraz pojawi się dużo rozwiązań ukierunkowanych na konkretne tematy. Naszą niszą jest wirtualną medycyną w onkologii i w specjalistycznej medycynie.
BP: Również w medycynie długoterminowej?
ŁR: Tak, dokładnie. Powtarzające choroby przewlekłe też wpisują się w nasz rewir. Budujemy wokół tego różne produkty oraz serwisy które chcemy dystrybuować w innych krajach. Teraz skalujemy telemedycynę w sektorze ubezpieczeniowym.
BP: Tak jak wspomniałeś, prywatna firma oferująca transgraniczne ubezpieczenia zdrowotne Further Group niedawno złączyła się z Trustedoctor. Na czym polega wasza współpraca?
ŁR: Further robi polisy na wyjazd za granicę na leczenie. To są takie polisy na wypadek poważnej choroby. One tylko i wyłącznie skupiają się na chorobach bardzo kompleksowych, na przykład, kiedy potrzebna jest onkologia albo kardiologia. To jest bardziej ubezpieczenie na życie niż na zdrowie, używane w przepadku chorób krytycznych. My digitalizujemy tę ścieżkę ubezpieczenia i dodajemy do niej elementy wirtualne. Zanim wyjdziesz na leczenie, za które i tak zapłacimy, dostaniesz wideo-konsultacje albo druga diagnozę od jakiegoś super lekarza.
BP: Czym jest dla ciebie opieka zdrowotna bez granic?
ŁR: No właśnie to jest to co chcemy osiągnąć. Można się dostać do lekarza, który rzeczywiście specyficznie zajmuje się przypadkiem który się ma w ramach szybkiej interakcji. To jest też możliwość wyjazdu na leczenie, kiedy to nie jest oferowane w kraju. Oczywiście my ten element finansowy mitygujemy poprzez ubezpieczenia. Jeden z wielkich problemów medycyny to jest to, że jest ona droga, niedostępna i każdy kraj ma coś innego. Jeden szpital nie ma wszystkich odpowiedzi, więc trzeba patrzeć holistycznie i globalnie na medycynę. My oferujemy rozwiązanie. Nie jesteśmy firmą ubezpieczeniową per se. Natomiast jesteśmy konstruktorem tych produktów które oferujemy lokalnym ubezpieczycielom w różnych krajach. Dzięki naszym ubezpieczeniom pacjenci mają dostęp do globalnej medycyny.
BP: Jakie macie plany rozwoju w przyszłości?
ŁR: Skupiamy się na elemencie skalowania i poszerzania oferty. Chcemy szybko rosnąć oraz chcemy, żeby jak najwięcej osób dostało tę wartość dodaną. Będziemy oczywiście rosnąć, jeżeli chodzi o populację, którą pokrywamy. Na razie mamy trzy i pół miliona osób w ponad 30 krajach jako grupa. Chcemy poszerzać nasz wachlarz usług w różnych krajach, czyli np. łączyć wirtualną medycynę z diagnostyką. Nasze polisy są od lat używane do wyjazdu za granicę. My chcemy tę medycynę w kraju poszerzyć również zanim pacjent wyjedzie.
BP: Co byłoby twoim punktem docelowym?
ŁR: Na tę chwilę nie mamy punktu docelowego. Celem jest rozwinięcie i kontynuowanie naszej misji. To dla mnie bardzo ważne, żeby ta misja nie wygasła i żyła dalej. Już potrafimy rozwiązywać problemy i nasza ścieżka jest całościowa. Mamy dostęp do lekarzy oraz fundusze więc to zatacza krąg. Ja myślę, że jeszcze mamy parę rzeczy do zrobienia. Zobaczymy, gdzie dalej możemy mieć wpływ na leczenie, szczególnie po pandemii. Uważamy, że po pandemii może pojawić się fala przypadków nowotworowych. Oczywiście nie chcemy, żeby tak było, ale jeśli tak będzie to mamy zamiar pomóc jak największej liczbie osób na świecie.
BP: Gdzie widzisz Trustedoctor pod koniec tej dekady?
ŁR: Dobre pytanie. Chcemy jak najszybciej rosnąć i osiągnąć swoje cele. Może wejdziemy na giełdę, ale na razie o tym nie myślimy. Chcemy skupić się na globalnym rozwoju. Jesteśmy bardzo globalną spółką co jest świetne, ale też nosi za sobą operacyjne i kulturowe wyzwania. Działamy na tylu rynkach, że jest to dosyć kompleksowy biznes.
BP: Czy jesteście transgraniczni?
ŁR: Bardzo. Mamy główne biuro w Madrycie oraz biura w Londynie i Poznaniu oraz przedstawicielstwa handlowe, więc jesteśmy w różnych krajach.
BP: Prywatnie udzielasz się Polish City Club. Jesteś też na Kongresie Polskich Stowarzyszeń Studenckich w Wielkiej Brytanii. Czy ważna jest dla Ciebie współpraca też z Polonią?
ŁR: Jest dla mnie bardzo ważna, dlatego jestem w Polish City Club. Kiedyś byłem w Polish Professionals i prowadziłem quasi-polską drużynę koszykówki. Jestem też gubernatorem w mojej szkole średniej która przez 17 lat dawała stypendia dla Polaków na Sixth Form. Zawsze miałem jakiś polski projekt. Czuję się prawdziwym „British Pole”. Tożsamość jest teraz bardzo ważna w Wielkiej Brytanii, w post-Brexitowej rzeczywistości. Trzeba mieć swój footing. Jestem dumny z bycia Polakiem, z naszej historii i naszej kultury. Czuje obowiązek bycia „ambasadorem” Polskości. Jestem tutaj 22 lata i dla mnie jest to bardzo ważne, żeby inspirować innych i wspomagać Polaków, którzy tutaj są. Zostajemy tutaj na dłużej i jesteśmy częścią społeczeństwa. To jest moje życie, mój kraj i tutaj jestem zainwestowany emocjonalnie. Ta tożsamość jest naprawdę ważna. Przez te różne inicjatywy chcemy inspirować innych, żeby tak samo myśleli. Taka łatka British Pole jest bardzo ciekawa. Zawsze jestem „Polakiem, ale nie można też przecenić tego, że jestem w Wielkiej Brytanii dłużej niż w Polsce. Jest bardzo klarownie kim jestem, skąd pochodzę i jak się czuję. Nie mówię, że jestem tylko Brytyjczykiem. To znaczy jestem, bo mam brytyjski paszport, ale tak de facto jestem brytyjskim Polakiem.
BP: To jest świetne zakończenie naszego wywiadu. Dziękuję bardzo.
ŁR: Ja również dziękuję.
Rozmawiała: Marta Kąkol
Zdjęcie: British Poles