15 lutego 1941 roku odbył się pierwszy zrzut Cichociemnych do Kraju – w ramach operacji „Adolphus” skoczyli mjr Stanisław Krzymowski „Kostka”, rtm. Józef Zabielski „Żbik” oraz kurier Czesław Raczkowski „Orkan”. Chociaż skok nie należał do udanych, to wyznaczył drogę dla innych, pełnych niezwykłej klasy, hardości i nieugiętości, skoczków spadochronowych. Cichociemni to byli żołnierze wyjątkowi – przeszkoleni według najwyższych standardów wojsk powietrzno-desantowych posiadali również umiejętności dywersyjne, czy cechy przywódcze potrzebne dla będącego pod okupacją Kraju. Na liście Cichociemnych znajdziemy tak wybitne postaci jak: płk. Leopold Okulicki „Niedźwiadek”, Jan Piwnik „Ponury”, czy jedyna kobieta w tym gronie Zofia Zawacka „Zo”.
Skąd nazwa „Cichociemni”? Tak naprawdę nie wiemy, kto pierwszy jej użył. Wiadomo natomiast, w jakich okolicznościach i dlaczego się pojawiła. Piszą o tym sami Cichociemni w przedmowie do książki, która ukazała się w Londynie w roku 1954 staraniem Koła Spadochroniarzy Armii Krajowej. Otóż nazwa, w pierwotnym założeniu nie odnosiła się wcale (jak mogłoby się wydawać) do sposobu działania na miejscu, już po skoku spadochronowym, ale do zupełnie innej kwestii, dotyczącej okresu wyławiania kandydatów do elitarnej jednostki w latach 1940/1941: „W owych czasach zaczęli znikać z oddziałów w Szkocji – po cichu i w niejasnych, a więc »ciemnych« okolicznościach – co większe zabijaki. Wobec ciekawych koledzy i przełożeni zaczęli to tłumaczyć jakimiś odkomenderowaniami, przeniesieniem do innego oddziału itd., nie wdając się zresztą w dłuższe na ten temat rozmowy. To mogło oczywiście tylko jeszcze bardziej podnieść zaciekawienie. Zaczęto na dobre węszyć sensację. Aż wreszcie któryś z ciekawskich bąknął, że pewnie chłopaki do Polski, do podziemnego wojska idą. A ponieważ to nie przelewki, bo wywiad niemiecki czuwa, najlepiej naprawdę nie rozgadywać się na ten temat. Szczęść Boże ryzykantom i niechaj ich noc prowadzi bezpiecznie na nowy teren akcji – do Kraju”. Szczęścia i błogosławieństwa Bożego trzeba było faktycznie tym śmiałkom, bo w sposób faktyczny, jak w starej legionowej pieśni – „rzucali swój życia los na stos”.
Zarząd Operacji Specjalnych
Cichociemnymi nazywano więc znakomicie wyszkolonych skoczków spadochronowych, wysyłanych do Polski z terytorium Wielkiej Brytanii i z Włoch przez Oddział VI Sztabu Naczelnego Wodza. Od maja/czerwca i po kapitulacji Francji stało się jasnym, że na kontynencie długo jeszcze będą panować Niemcy. Stąd brytyjski pomysł powołania do życia (w lipcu 1940 roku) SOE (Special Operations Executive), Zarządu Operacji Specjalnych – czyli struktury, która przez kolejne lata wojny miała kierować wszystkimi akcjami dywersyjnymi, sabotażowymi, lub związanymi z akcjami spadochronowych formacji na terenie wroga. Wśród sekcji SOE była także komórka polska. Zasadniczym sposobem przerzutu Cichociemnych do Europy (w przeważającej mierze do Polski, ale nie tylko) były skoki spadochronowe. Dlatego też szkolenie prowadzono w szkołach spadochronowych na terenie Wielkiej Brytanii – w Largo House (Szkocja), w Ringway koło Manchesteru i w Audley End w hrabstwie Essex (Anglia). Każdy ze skoczków składał przysięgę, która od 1942 roku, czyli od czasu oficjalnego ustanowienia Armii Krajowej, była jednaka z przysięgą AK i brzmiała: „W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Marii Panny, jako żołnierz powołany do służby specjalnej przysięgam, że poświęconego mi sprzętu, poczty i pieniędzy strzec będę nie tylko jako dobra państwowego, ale i jako środków i pieniędzy przeznaczonych dla odzyskania wolności Ojczyzny, a tajemnicy służby specjalnej dochowam, nawet wobec moich przełożonych i kolegów w konspiracji i nie zdradzę jej nikomu, aż do końca wojny. Tak mi Panie Boże dopomóż”. Zawołaniem Cichociemnych było – „Wywalcz Jej [Polsce] wolność lub zgiń!”.
Najtrudniejsze odcinki walki z wrogiem
Proces szkolenia był niezmiernie wymagający. Każdy z kandydatów na Cichociemnego przechodził kilka różnych kursów, wśród których na pierwszym miejscu był ten spadochronowy. Do tego dochodziły mordercze treningi fizyczne, nauka posługiwania się bronią, sztuki walki, szkolenia w zakresie minerstwa, znajomości materiałów wybuchowych, terenoznawstwa, łączności i wielu innych umiejętności specjalistycznych. Wszystkie te trudy – długie marsze i biegi, wspinaczka i strzelanie – miały służyć temu, by zrzucony na terytorium wroga żołnierz przeżył, dotarł do podziemnych struktur w Kraju i wspomógł funkcjonowanie ruchu oporu. Trzeba było umieć i obsłużyć radio, i nauczyć się psychologicznych i fizycznych umiejętności przetrwania trudnych śledztw, a nawet tortur. W ramach rekrutacji ochotników do służby zgłosiło się 2413 oficerów i podoficerów Polskich Sił Zbrojnych, przeszkolono 606. Do kraju skoczyło w sumie 317, a do tego doszły skoki na innych terytoriach – np. na terytorium Francji skoczyło 44 Polaków. Na terenach okupowanej Polski Cichociemni zasilali najtrudniejsze odcinki walki z wrogiem i najniebezpieczniejsze piony – „Wachlarz”, Związek Odwetu, Kedyw.
W Kraju, czekając na skoczków z Wielkiej Brytanii, szykowano strefy zrzutu. Nie zawsze jednak udawało się dotrzeć na wyznaczone miejsca. Loty były bardzo trudne. Cichociemnych przerzucali do Kraju nie tylko nasi lotnicy, ale też piloci brytyjscy, południowo-afrykańscy czy amerykańscy, którzy także podejmowali wielkie ryzyko. Jak duże, niech świadczy opowieść anonimowego (był rok 1954 i trzeba było jeszcze uważać na klauzule tajności) Południowoafrykańczyka, zawarta w publikacji londyńskiej „Drogi Cichociemnych” o zrzutach zaopatrzenia w okresie Powstania Warszawskiego: „Była noc i z góry wydawało się, że cała Warszawa płonie. Nalatywaliśmy kilkakrotnie, w ostrym ogniu artylerii przeciwlotniczej. W końcu zrzuciliśmy zasobniki, jak nam się wydawało, w odpowiednim miejscu, ale pewności nie było. Była to bardzo ciężka psychicznie chwila. Tak to wszystko walczącej Warszawie potrzebne. Tak długo się z tym leciało poprzez tyle niebezpieczeństw, a teraz nie mieliśmy nawet pewności, że zrealizowaliśmy z pożytkiem nasze zadanie. Po zrzuceniu ładunku samolot miał lepsze szanse manewrowania, ale niewiele się to nam przydało. Zanim wylecieliśmy poza miasto, zostaliśmy trafieni, i to tak nieszczęśliwie, że byli ranni w załodze”. Samolot zaczął tracić wysokość i w końcu wylądował. Pilot stracił przytomność, a gdy ją odzyskał, zobaczył wokół siebie chłopów, którzy mówili do niego językiem, którego nie rozumiał. Wszyscy pozostali z załogi zginęli.
Pierwszy skok
„Było nas trzech – zapisał w swojej wspomnieniowej książce >>Pierwszy skok<< Józef Zabielski >>Żbik<< – Wszyscy trzej nie wspominaliśmy słowem o tym, co w każdym nurtowało. Szliśmy do samolotu raźno i wesoło, jakbyśmy mieli odbyć najzwyczajniejszy lot pasażerski”. Był 20 grudnia 1940 roku. Rtm. „Żbik” oraz mjr Stanisław Krzymowski „Kostka” i kurier Czesław Raczkowski „Orkan” podeszli do samolotu, żeby lecieć do Polski. Okazało się jednak, że nie wystarczy paliwa na lot tam i z powrotem. Musieli więc na ten pierwszy skok zaczekać do 15 lutego. „Weszliśmy do samolotu obładowani i ciężcy jak kloce – zapisał Zabielski – Mała lampka oświetlała nas ledwo-ledwo. Kładziemy się na ziemi”. Lecieli samolotem Withley z dodatkowymi zbiornikami na paliwo. Mieli wyskoczyć nie przez dziurę w podłodze (jak to wielokrotnie ćwiczyli), lecz przez drzwi samolotu – i to od razu stanowiło pierwszą trudność. Brytyjscy piloci informowali o położeniu. Samolot przeleciał kanał i zaczął lot nad kontynentem. W pewnej chwili po skrzydłach maszyny prześlizgnęły się światła reflektorów. To była niemiecka obrona przeciwlotnicza z okolic Düsseldorfu. Zrobiło się zimno. „Żbik” sięgnął po whisky dla rozgrzewki. Przypomniał sobie słowa, które skierował do nich gen. Sikorski – „Wkrótce będę was dekorował w Polsce bojowymi odznaczeniami”. Pilot poinformował o zbliżaniu się do Berlina. Stolicę Niemiec ominęli szerokim łukiem. Potem wzięli kierunek na Kielce i w stronę Częstochowy. Naraz moment, który „Żbik” zapamiętał na całe życie: „Przekroczyliśmy granicę Polski – informuje pilot. Serce wali nam w piersiach, tak jakby pęknąć chciało. Podbiega pod samo gardło. Jesteśmy bardzo wzruszeni. – You are in Poland – tryumfująco stwierdza Anglik, waląc mnie w łopatkę z nadmiaru wzruszenia. Oddaję mu z nawiązką, aby za chwilę złapać go w pół nie wiadomo dlaczego i po co”.
Ucałowałem śnieg polski
Otworzyły się drzwi, a do kabiny wpadło światło księżyca. „Action! Station!” – słychać było komendy. A potem – „Go!”. Pierwszy skoczek zniknął w drzwiach samolotu. Potem poszedł bagaż „Żbika” i wreszcie wyskoczył on sam. Na chwilę stracił przytomność, a gdy ją odzyskał leciał jeszcze chwilę bez otwartego spadochronu. „Rozwiń się! Rozwiń się! Już czas!” – myśli kotłowały się w głowie. Poczuł szarpnięcie i rozpoczęło się opadanie ku ziemi oświetlonej księżycowym blaskiem. „Żbik” leciał wolno i długo, zrzucony z dwukrotnie większej wysokości niż to było na ćwiczeniach. Myślał o niebezpieczeństwach czających się na dole. Co robić, jeśli wyląduje na drzewie? Jak zakopać spadochron? W końcu „nogi wbiły się w lodową skorupę osiadłą na podmokniętych łąkach. Przewrotka do tyłu. Ale skorupa lodowa jak kleszcze opięła mi się koło nóg. I całym ciężarem ciała siadłem na pękającym lodzie. Poczułem nieznośny ból w nogach, uwięzionych pod lodem. Pół leżąc, ucałowałem biały śnieg polski”. Niestety, okazało się, że piloci pomylili miejsce zrzutu i cała trójka wylądowała na terenie III Rzeszy, pod wsią Dębowiec nieopodal Skoczowa na Śląsku Cieszyńskim. Każdy ze skoczków podjął samodzielną próbę przedostania się do Generalnej Guberni. „Orkana” Niemcy złapali na granicy, ale wzięli go za przemytnika i skończyło się tylko na miesiącu więzienia i grzywnie. „Żbik” z uszkodzonym stawem skokowym i śródstopiem oraz „Kostka” mieli więcej szczęścia i w końcu, po długich perypetiach dotarli do Warszawy.
Jednak loty do okupowanej Polski, wyniku tego doświadczenia zawieszono aż do jesieni. Trzeba było lepiej przemyśleć kwestię samolotów, zasięgu, paliwa, oraz nawigacji. Tymczasem w ośrodkach szkoleniowych szykowały się kolejne dziesiątki bohaterów szepczących do siebie hasło-zaklęcie „Cichociemnych”: Wywalcz Jej wolność, lub zgiń!
Tomasz Łysiak
Artykuł pierwotnie ukazał się w tygodniku Gazeta Polska
Zdjęcie: Wikipedia, publiczna domena
