Heinz Reinefarth zmarł 7 maja 1979 roku w swojej rezydencji na wyspie Sylt, kończąc dostatnie życie szanowanego prawnika, burmistrza, posła do Landtagu. 12 ton popiołów – spopielonych ludzkich szczątków – zostało zebranych na ulicach Woli w Warszawie, której masakrą kierował w 1944 roku.

Popalone zwłoki i ruiny to wszystko, co jego oddziały zostawiały za sobą. Poza dochodami z tytułu kariery prawniczej i politycznej pobierał także pokaźną emeryturę – w wysokości odpowiedniej dla stopnia generała.

Republika Federalna zadbała o godne i sowite wynagrodzenie mu wojennej służby na rzecz Niemiec. A była to służba niełatwa, ciężka i pracowita. Dwanaście kompanii policyjnych dowodzonych przez niego zabiło ponad 60 000 mieszkańców dzielnicy Wola – mężczyzn, kobiet, dzieci, niemowlaków i starców. Wszystkich…

W jednym ze swoich raportów do dowódcy niemieckiej 9. Armii Reinefarth stwierdził, że „mamy więcej jeńców niż amunicji, aby ich zabić”. Nie otrzymał więcej amunicji, ale nie powstrzymało go to przed wykonaniem swych patriotycznych obowiązków. Znalazł sposób. Jego wojska mordowały bagnetami, lały na jeńców benzynę i paliły ich żywcem, pakowały ich do piwnic i wrzucały granaty… Kobiety i nieletnie dziewczęta były bezlitośnie gwałcone i maltretowane przed śmiercią. Dzieciom znalezionym w sierocińcu przy ulicy Wolskiej 149 po prostu roztrzaskano czaszki kolbami karabinów…

Pomimo żądań Polski o jego ekstradycję oraz niezbitych dowodów przerażających zbrodni popełnionych na jego rozkaz, państwo niemieckie przyznało Reinefarthowi status oczyszczonego ze wszystkich zarzutów po serii postępowań denazyfikacyjnych.
Paweł Sokala