“Nie potrzeba niesamowitych dyplomów by zrealizować swoje marzenia”

Monika Ciesiełkiewicz jest polską modystką, która przez kilka lat pracowała dla największego projektanta kapeluszy na świecie: Philipa Treacy. Tworzy kapelusze dla rodzin królewskich oraz gwiazd takich jak Lady Gaga, Kate Moss czy też Tina Turner.

British Poles skontaktowało się z nią w celu zaproponowania swoim czytelnikom ekskluzywnego wywiadu z tą wybitną postacią polskiego świata mody.

British Poles: Skąd u ciebie pasja do mody i szczególnie do tworzenia kapeluszy?

Monika Ciesiełkiewicz: Zaczęło się to bardzo wcześnie dla mnie. Zawsze lubiłam robić coś tam artystycznego, już zaraz po podstawówce. Szukałam wówczas jakiejś plastycznej szkoły, czy  może czegoś innego. Zawsze zależało mi na tym, żeby natychmiast widzieć rezultat mojej pracy. Myślałem sobie, że po co mi iść do liceum uczyć się, a potem jeszcze na studia ileś lat. I tak sobie myślałam: kiedy ja zobaczę efekt tej pracy? Już wtedy nienawidziłam czekać. 

Pewnego dnia moja mama zabrało mnie do takiej starej pracowni modniarskiej z kapeluszami. Jak zobaczyłam cały ten świat tych wszystkich kwiatów, kapeluszy i innych rzeczy, to już wiedziałam, że chcę tam zostać i że będę to robić.  Wtedy poszłam do zawodowej szkoły. Tam miałam praktyki, właśnie w takiej pracowni modniarskiej.

Z kolei dziś wiem, że pójście do zawodowej szkoły było najlepszą rzeczą, jaką mogłam zrobić, jeżeli chodzi o ten zawód. Nie wyobrażam sobie, jak można nauczyć się tej pracy inaczej. Jedyny sposób to przez praktykę od początku. Teraz po wielu latach wiem, że żaden kurs, żaden nawet YouTube nie zastąpią tych wielu godzin praktykowania. Wtedy robimy, powtarzamy, uczymy się na błędach… Poza tym miałam okazję pracować z nieżyjącą już niestety kobietą, która pracowała na podstawie tradycyjnych metod rodzinnych, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Po polsku na zawód, jaki wykonuję mówi się „modystka” podczas gdy po angielsku jest to „milliner”. 

BP: Brzmi prawie jak “milioner”. 

MC: Właśnie nie raz miałam śmieszne sytuacje w związku z tym (śmiech). Czy to podczas gdy się komuś przedstawiałam, czy w jakimś urzędzie itp. Było tak na przykład podczas moich początków w Londynie, gdy w ogóle nie władałem jeszcze angielskim. Wiele razy zdarzała się taka sytuacja, że koś pytał mnie o zawód lub o to czym chcę profesjonalnie się zajmować, a ja odpowiadałam, że „milliner”. Widziałam, że ta osoba się jakoś dziwnie na mnie patrzy. Po jakimś czasie chciałam sprawdzić, co jest w tych dokumentach zawarte i zobaczyłem, że w napisane jest, iż jestem milionerką! Więc było zabawnie. I tak jak mówię, zdarzało się to wielokrotnie. Oczywiście, nie dziwię mnie to, ponieważ nie jest to zbyt popularny zawód.

BP: Jak rozpoczęła się twoja kariera profesjonalna?

MC: Moje pierwsze kroki zrobiłam w Kaliszu, najstarszym polskim mieście. Po jakimś czasie przeprowadziłam się do Krakowa. W Krakowie pracowałam dwa lata i rozkręcałam swoją pracownię modniarską. Potem poznałam partnera, który mieszkał w Londynie i z tego powodu przeprowadziłam się tu. Z tego związku został niestety tylko Londyn (śmiech). Jednak cała ta przeprowadzka na dobre wyszła. Trochę się tego bałam pomimo faktu, że miałam gdzie mieszkać. W ogóle nie znałam języka. Tak naprawdę, to ja w ogóle po raz pierwszy w tym mieście byłam i nikogo tam nie znałam. Wielkim plusem było jednak to, że wiedziałem o tym, że Londyn jest rajem kapeluszy. Pod tym względem nie ma lepszego miejsca, więc pomyślałam sobie, że warto spróbować. 

Tu znajduje się pracownia Philipa Treacy, który jest prawdziwym guru w tej dziedzinie. Nie ma nikogo wyżej niż on, jeżeli chodzi o kapelusze. Można by wymienić kilku na świecie, ale wydaje mi się, że on byłby zawsze tym pierwszym. On nawet w pewnym stopniu sprawił, że kapelusze wróciły do łask. Jednak on był w ogóle poza moimi marzeniami. Rozmyślałam nad jakimiś pomysłami, żeby jednak nawiązać z nim kontakt. Zastanawiałam się, czy nie pójść tam u niego sprzątać, czy cokolwiek. Aby po prostu móc tego dotknąć, żeby z bliska zobaczyć, jak to wygląda naprawdę (śmiech). 

Podczas trzech pierwszych miesięcy pracowałam w różnych miejscach. Jednak po tym czasie postanowiłam, że muszę spróbować. Wysłałam zatem kilka maili do pracowni modniarskich, między innymi do Pillipa [Treacy] też. Po jakimś czasie otrzymałam odpowiedz właśni od pracowni Phillipa. Powiedzieli mi, że są zachwyceni zdjęciami moich prac i poprosili, abym przesłała CV. Była to dla mnie wyzwanie. Ja 40-latka, nigdy w życiu nie napisałam CV! W końcu z pomocą znajomych udało się jakieś tam bardzo podstawowe CV stworzyć i  okazało się, że było wystarczające. 

BP: Jeszcze kilka tygodni wcześniej pewnie nie przeszedłby ci taki scenariusz przez głowę, prawda?

MC: Ależ skąd! Właśnie nawiązując do tego, chciałabym podzielić się tym, że sporo ludzi pisze do mnie o tym, że jestem dla nich pewną inspiracją. Otóż, pomimo że miałam już tyle lat, że nie znałam języka i nie skończyłam jakichś niesamowitych studiów, to nagle zaczęły się dziać takie rzeczy. Nie miałam zaplecza finansowego czy jakichś dziwnych znajomości. Jest to dobry przekaz, zwłaszcza dla młodych ludzi pokazujący, że zawsze można. Nie warto się tłumaczyć tym, że się nie ma jakichś studiów, czy że jest się nieśmiałym, czy jakimś tam. Zawsze można osiągnąć to, o czym się marzy.

BP: Jak odbyło się pierwsze spotkanie z tą legendą kapeluszy?

MC: Zostałam zaproszona na interview, co było dla mnie przerażającym krokiem. Z jednej strony się tego bałam, a z drugiej nie. Wiedziałam, że udam się tam i zabiorę ze sobą jakieś swoje prace, na których temat nie będę w stanie wiele powiedzieć ze względu na nieznajomość języka. A w ciągu kilku dni nie zdążę nadrobić moich ogromnych zaległości z angielskiego. Poza tym był to w ogóle jakiś kosmos dla mnie. Sam fakt że spotkam się z Philipem Treacy już sam w sobie był niesamowitym osiągnięciem. W pewnym sensie to zdejmowało sporą część presji z moich bark, ponieważ sama możliwość poznania go oraz ewentualnie możliwość obejrzenia jego studia były wielkim sukcesem. Czego więcej chcieć? Już nie muszę nawet tam pracować. 

Więc udałam się tam i okazało się, że było bardzo miło. Najpierw rozmawiałam z jego menadżerką produkcji. Później przyszedł on. Okazał się naprawdę uroczą osobą. To jest człowiek, który pracuje z samymi gwiazdami, z rodzinami królewskimi i mimo to odniosłam wrażenie, że to on bardzo się starał ułatwić mi tę rozmowę. Zadawał proste pytania, mówił wyraźnie po angielsku. To było dla mnie miłym zaskoczeniem, bo myślałam sobie, że to ja powinnam się starać, a nie on. Na koniec rozmowy zostałam poinformowana, że zostanę przyjęta na trzymiesięczny okres próbny i że zobaczymy co dalej. To był kompletny szok. Wyszłam stamtąd i nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę. 

BP: Jak wyglądała ta nowa praca? 

MC: Okazało się, że wszystko jest bardzo miłe. Byliśmy grupą zaledwie kilku osób pracująca bezpośrednio z nim. Od razu zauważyłam, że atmosfera w tej jego pracowni jest na najwyższym światowym poziomie, przypominała mi tę małą pracownię, w której się uczyłam. Była to atmosfera rodzinna, w której szef razem z nami pracował, siadał pomiędzy nami, szył i robił te wszystkie rzeczy. To nie było tak, że on pokazywał nam jakiś projekt, a my to robiłyśmy. Nie. On cały czas z nami był. Jego pieski gdzieś tam biegały nam pod nogami, jedliśmy często razem, rozmawiając o wszystkim. Oczywiście bywały też trudne momenty. Czasami też łzy się lały, ale to tak jak w każdej rodzinie. Po trzech miesiącach powiedzieli mi, że są bardzo zadowoleni i że chętnie mnie zatrudnią. 

Inna rzecz, która mnie zaskoczyła, to fakt, że bardzo szybko otrzymałam zlecenie na wykonanie kapelusze dla rodziny królewskiej. Pierwszy kapelusz, który zrealizowałam był dla Camili Parker-Bowles, żony naszego przyszłego angielskiego króla. Powolutku stałam się osobą odpowiedzialną za te kapelusze dla niej. Na początku ręce mi się trochę trzęsły, ale z czasem przyzwyczaiłam się do tego i wychodziło nam to całkiem dobrze. 

BP: Czy miałaś czasami możliwość spotkania niektórych gwiazd, dla których tworzyłaś kapelusze? 

MC: Tak, to właśnie było od początku super. Philip nieraz zapraszał tych VIP-ów do pracowni, aby mogli oni zobaczyć, jak pracujemy, jak to wszystko wygląda. Trzeba tu zaznaczyć, że tworzenie kapeluszy opiera się wyłącznie na pracy ręcznej od początku do końca. Jest to długi proces. Tak naprawdę, praca modystki wygląda dziś podobnie jak sto lat temu, zwłaszcza w tych ekskluzywnych pracowniach. Jest to więc długi i czasochłonny proces, ale który daje rzeczywiście świetny efekt. 

BP: Tworzyłaś kapelusze m.in. dla Kate Moss, Lady Gaga, Naomi Campbell, Tina Turner… Którą z nich miałaś okazję poznać i która zrobiła na tobie największe wrażenie? 

MC: Duże wrażanie zrobiła na mnie Kate Bush. Nie była ona co prawda naszą klientką, ale pamiętam, jak odwiedziła naszą pracownię. Promieniowała takim ciepłem. Do każdego podchodziła, zagadała. Od zawsze ją podziwiałam. Czułam się naprawdę zaszczycona tym, że mogę z taką artystką porozmawiać w cztery oczy. Inną gwiazdą, która mi zaimponowała była Tina Turner. Gdy spotkałam ją, wyglądała tak pięknie, że trudno mi było uwierzyć, że jest ona w wieku babci. 

Poza tym mieliśmy też możliwość poznania szwedzkiej królowej, która przyszła do pracowni. Były też Naomi Campbell, Demi Moore czy też Lady Gaga, którą miałam możliwość bliżej poznać po jednym z jej koncertów, na których byłam z Philipem. Byłam nawet zaproszona do jej garderoby, gdzie wypiłyśmy razem lampkę szampana itd. Było to tym bardziej fajne ze względu na to, że Lady Gaga zawsze kojarzyła mi się z taką osobą kompletnie odciętą od świata. A tu ojej, mogę nawet ją uścisnąć! Niesamowite. To też zrobiło na mnie ogromne wrażenie. 

BP: Czym się obecnie zajmujesz?

MC: Pracuję obecnie nad swoim brandem, który będzie się nazywać Maria Monika. Podjęłam taką decyzję, ponieważ moje nazwisko jest nieszczególnie komercyjne i trudne do wymówienia. Marzyło mi się, by to jednak było pod moim nazwiskiem, ale “Ciesiełkiewicz” na pewno nie jest łatwe i trudno do zapamiętania. Stąd nazwa Maria Monika, która nawiązuje do moich imion: tak naprawdę jestem Monika Maria. 

BP: Bardzo dziękuję za rozmowę.

MC: Dziękuję również. 

 

Rozmawiał: Sébastien Meuwissen

Zdjęcie: Adam Perliński  (prywatne archiwum Moniki Ciesiełkiewicz)

 

Zobacz również

Verified by MonsterInsights